W kinowym cyklu dyskusje o& chce zaproponować szlagier 2003 roku
Dogville Larsa von Triera.
Streszczenie (na podstawie
www.stopklatka.pl): Do Dogville przyjeżdża Grace, która ucieka przed nasłanymi na nią gangsterami i potrzebuje schronienia. Społeczność miasteczka, po namowach swego samozwańczego lidera, mimo ryzyka jakie się z tym wiąże, zgadza się udzielić kobiecie pomocy. W podzięce Grace ma dla nich pracować. Początkowo wszystko idealnie się układa, pracy nie jest zbyt wiele, a mieszkańcy Dogville są zadowoleni. Wkrótce jednak, mając świadomość swojej władzy nad dziewczyną, zaczynają ją wykorzystywać na wszelkie możliwe sposoby. Powoli sytuacja staje się trudna do zniesienia...
W dużym uproszczeniu, film opowiada o:
- destrukcyjnym wpływie władzy (szeroko rozumianej) nad innym człowiekiem, ewolucji świadomości tej władzy i odwagi w jej wykorzystywaniu, od zobowiązania Grace do wykonywania lekkich prac domowych do dosłownego fizycznego ubezwłasnowolnienia.
- pojęciu dobra i zła, normach etycznych
Film cechuje daleko-posunięty uniwersalizm. W zasadzie akcja mogłaby mieć miejsce w jakimkolwiek małym miasteczku gdziekolwiek na świecie. Bliżej nieokreślone góry, bliżej nieokreślona wioska, jakich wiele. Garstka bohaterów i tak wśród nich pijaczyna, młoda dzierlatka, gbur-brutal, zapracowana żona& Miejsce jakich wiele, ludzie jakich wiele.. Tak miało być , bo film traktuje o naturze ludzkiej. I choć psychologia społeczna popatrzyłaby na wszystko pod nieco innym kątem, dla mnie wymowa indywidualna jest ważniejsza. Jest to film o każdym człowieku.
Podoba mi się oszczędność scenografii, rekwizytów - odważne i ryzykowne posunięcie . Można się uważniej skupić na ludziach aktorach, wsłuchać w ich przekaz. Takie zresztą było założenie reżysera. L von Trier: Według mojej teorii, bardzo szybko zapomina się, iż nie ma domów, czy jakiegoś tam elementu. Dzięki temu, widz sam wymyśla te domy, a co ważniejsze, skupia się na postaciach. Domów tam nie ma, więc cię nie rozpraszają, a publiczność nie myśli ciągle o tym, że ich tam nie ma, dzięki pewnej umowie z widzem, że ich nie było i nie będzie. Skuteczne. Dzięki takiemu posunięciu film zbliża się nieco do teatru. Zawęża się repertuar pobocznych atrakcji wizualnych

, czyniąc miejsce na refleksje.
I jak to w teatrze jest - przeżywamy. Ja przeżywałam. Polubiłam Grace (ofiara, dobry człowiek), ostro zaś z-nielubiłam obnażających kły mieszkańców Dogville. Postąpiłabym na jej miejscu DOKŁADNIE tak samo. Z małą różnicą : z moimi niezmierzonymi pokładami wyrozumiałości i cierpliwości

wystrzelałabym wszystkich mniej więcej w połowie filmu.
A gdyby nie końcowe katharsis w postaci rzezi całej wioski, pozwalające na ujście nagromadzonej złości i nienawiści ( w stronę krzywdzicieli Grace), to bym się zaczęła na ludzi na ulicy rzucać
Jakie były wasze reakcje? Do którego momentu usprawiedliwiałyście postępki Dogville Wielkim Kryzysem, biedą, zacofaniem intelektualnym, nieświadomością, ludzką słabością? Kiedy chwyciłyście za broń i czy w ogóle. A może to Grace stała się zła bo zabiła chwiejnego moralnie Toma, noworodka a oszczędziła tylko psa, któremu jako jedynemu z głodu wyrządziła niesprawiedliwość zabierając kość ( co niewątpliwie uratowało mu na końcu życie

).
Kluczowy wydaje się być dialog Grace z ojcem-gangsterem. Początkowo stojący po przeciwnych stronach moralności (Grace dobra, wybaczająca, wszystko i wszystkich usprawiedliwiająca; ojciec dzierżący władze, wyznaczający granice moralne silną ręką).
Jak się kończy akcja wiemy. Czy w związku z tym początkowe dobre racje Grace nie mają prawa bytu? A może dobrym było wyrżnięcie w pień zgniłej od środka wioski, bez której świat będzie na pewno lepszym?
Czy normy etyczne są sztywne i jasno okreslone? Czy wręcz przeciwnie zależą od... miejsca , czasu, okolicznośc...?
Jakie jest Wasze zdanie?
Tyle na zachętę.
Jeśli dyskusja się rozkręci, z przyjemnością pogłębię poszczególne jej wątki
Polecam, zapraszam.