literatura obozowa... [teraz nastąpiło znaczące westchnienie i chwila namysłu w poszukiwaniu tamtych książek]
Imre Kertesz oczywiście i jego 'tetralogia ludzi bez losu'.
"Los utracony", "Fiasko", "Kadysz za nienarodzone
Dziecko" i "Likwidacja".
bez patosu, jakiegokolwiek sentymentu, po prostu bez wkładania w ramy konwencji przenosi żywcem do obozu. zapładnia każdy nieskażony barbarzyństwem wojny - umysł okrucieństwem bez cienia grozy. śmiercią tak zwykłą i bezsensowną, że początkowo nie sposób unieść ciężaru tak ogłuszającego swoją przeciętnością i codziennością - rytuału powolnego umierania. każda z książek nawet jeśli 'mówi' o czymś zupełnie innym - mówi o Auschwitz.
mnie osobiście cała literatura Kertesza pomogła w zrelatywizowaniu ludzkiego życia. w wyjęciu go z objęć praw człowieka, w pozbawieniu go jakiejkolwiek wartości samej w sobie. pomogła mi zobaczyć oczami ofiary nierozumiejącej jak można jej odmawiać prawa do życia z samego tytułu urodzenia i oczami kata, który nie widzi istot czujących i świadomych, lecz ochłapy wciąż dychającego mięsa. pomogła zobaczyć nie tylko żydowskie dzieci w komorach, ale i czeczeńskie i afgańskie wioski spalone do gołej ziemi, koreańskich jeńców w obozach rodzinnych czy tybetańskich chłopców z dziurami na pół potylicy. poczuć tą zupełną bezradność. uświadomić sobie do głębi cholerną powtarzalność historii i prawną nieważkość władzy pod każdą szerokością geograficzną na przestrzeni stuleci.
lecz Kertesz jest przy tym tak zdumiewająco pełen humanizmu, nawet kiedy się wypiera, kiedy ucieka, kiedy nienawidzi nienawiścią absolutną.
literatura poruszająca swoją bezkompromisową czystością spojrzenia.
polecam