pod warunkiem, że akurat jest się ową kobietą w trakcie orgazmu, a nie tylko obserwatorką ( aktywną, a jakże! )

oglądającą sobie taki oto obrazek we własnym łóżku. hah. z wiekiem na całe szczęście przechodzi się z nieuświadomionego, zaszczutego egoizmu w egoizm potrafiący chełpić się swoim spełnieniem i tym, że nauczył się chcieć, oczekiwać i walczyć. to właśnie to czyni z kobiety istotę prawdziwie piękną, wzniosłą i pewną swej wartości. uczy ją czerpania radości z przeżywania bliskości z drugim człowiekiem. emancypuje ją, czyni z niej prawdziwie wolną i potrafiącą ową wolność odpowiednio zagospodarować - istotę. zamiast lubować się w zwietrzałych perfumach melancholicznej zadumy, sentymentalnych bajdurzeniach o idealnej miłości i uprawianiu jakże nieszczęsnej, spłowiałej refleksji nad swoim ciągle czekającym nie wiadomo na co - życiem. granie na tą rzewną, tkliwą nutę powoduje, że czuję swój żołądek gdzieś w okolicach gardła.
ach! bycie, jak roztrzęsiony, romantyczny kochanek, dygocący na myśl o zobaczeniu swojej lubej ukradkiem, w wiśniowym sadzie... o poranku koniecznie. rozjątrzony niegasnącym pragnieniem oglądania jej po kres dni swoich. zastygły w palącym milczeniu wiecznego oczekiwania. ach! płonie jak żywa pochodnia, jak ofiarne kadzidło się żarzy na owianym dymem ołtarzu...
dobra. ale jest na sali lekarz? bo mi tu ryczą baby i chusteczek brakło. jaka depresja reaktywna, czy wirus Coehlo?
to zaraźliwe?
ach! kobiety. wszystko byłoby o tyle łatwiejsze, gdybyście nie były w niewoli słów. gdybyście nie były tak szaleńczo rozkochane w ich zdradzieckich, przewrotnych kształtach. gdybyście nie dawały się wodzić za nos złotoustym demagogom. nie dopatrywały ukrytego sensu wszędzie, gdzie pojawia się tajemnica. nie klękały przed każdym, kto nałożył na
Twarz maskę Małego Księcia. kto wie, że Eliot to nie nazwa nowego płynu do płukania tkanin, i że Ala ma kota, a Albert - dżumę.