ja się ze sprzątaniem lubię okresowo.
ogólnie rzecz biorąc, lubię mieć poukładane (boję się że jak będę od października szukać nowego lokum, to trafię na syfiarza... mieszkałam już z pedantką i dałam radę, a nie mam ochoty zmywać i myć klozetu za wszystkich

miewam natomiast momenty, zwłaszcza w sesji, że nie zatruwam sobie tym głowy. a potem robię wielkie porządki, przy których odpoczywam, wyładowuję energię, złazi ze mnie stres.
a jeśli w domu rodzinnym i bez sesji, to przemeblowania i przy tym sprzątanie, pasjami. co najmniej raz na kwartał
prasowanie - pasjami.
zakupy - wyzwanie logistyczne

mniej kocham odkurzanie, zmywanie (moje suche łapska, ałłł) i sprzątanie myszom w klatce (mała frajda)...
za to nie znoszę...
wysłuchiwać odgłosów trzepania dywanów!! mam w okolicy co najmniej troje sąsiadów z obsesją na punkcie czystości i co dwa-trzy dni któreś trzepie dywany. najwspanialej jest, kiedy po imprezie ląduje się nad ranem w upragnionym łóżku, zamyka oczęta i... ŁUP! ŁUP! ŁUP! ŁUP! ŁUP!... aarrrrhg!
no i jeszcze uczyć się tego, co mi nie wchodzi do łba żadną siłą. studia to nie je bajka, chociaż upragnione, to kilku przedmiotów bym się z radością pozbyła.
nie chcem, ale muszem do doktora iść ponad to. takiego od żołądków i jelit. brrr.
i jeszcze być ugodowa wobec współlokatorów. stanowczo mam dosyć dostosowywania się. ale póki co nie znalazłam miejsca dla siebie, gdzie mogłabym żyć na równych warunkach.
chyba tyle
