jeżeli chodzi o takie standardowe "przyprawianie rogów", to muszę się zgodzić z Thalią - psychika zawsze idzie w parze z fizycznością, to jest pewne. jednak dla mnie pod etykietkę "
Zdrada" podchodzi już sytuacja, w której dwie osoby są ze sobą, bo się do siebie przyzwyczaiły. Nie mogą się znieść, kłócą się, a jednak dalej tkwią z jakiejś hybrydzie zwanej związkiem. Zdradą jest dla mnie oszustwo, nie tylko emocjonalne, wiążące się z relacjami z drugą osobą, ale przede wszystkim kłamstwa, zatajanie prawdy, lekceważenie partnera. Jeżeli ktoś w poniedziałek mówi mi "Kocham cię" a następnie znika znika na trzy dni i nie daje znaku życia, by na upomnienie słowami "Czuję się pomięta" odpowiedzieć "Gadasz o idiotyzmach! Byłam we Wrocławiu" - to dla mnie to już jest zdrada, podeptanie czyichś emocji w imię własnej wygody, rozrywki czy Bogowie wiedzą jeszcze czego.
Przerabiałam ostatnio taki związek i nic dobrego z niego nie wynikło. Doszło do tak kuriozalnej sytuacji, że dziewczyna skakała wokół swojej przyjaciółki jak piłeczka, śmiały się, żartowały i dokazywały. ja stałam gdzieś z boku, bo nie udało mi się włączyć w rozmowę. Nie powiem, poczułam się zazdrosna jak diabli, ale stwierdziłam, że dziewczyny nie widziały się dość długo i muszą się nacieszyć swoją obecnością, jak to bliskie koleżanki. Zajęłam się czymś innym - rozmową z kolegą, którego też dawno nie widziałam - więc moim zdaniem wszyscy byli zadowoleni. Po zakończeniu spotkania usłyszałam, że postąpiłam źle, bo wprowadziłam dystans do związku - nie uczestniczyłam w rozmowie między moją kobietą a jej przyjaciółką. Zaznaczmy jeszcze, że nie miałam z jej przyjaciółką o czym rozmawiać.
To właśnie jest dla mnie zdrada - deptanie po innych w myśl własnego świętego postępowania. nie wiem, czy boli bardziej czy mniej niż faktyczne "przyprawienie rogów" - lecz jest jeszcze bardziej okrutne, niż godzinna zabawa po pijanemu w publicznej toalecie.