kobiety
Witamy, Gość
Proszę zaloguj się albo zarejestruj.    Nie pamiętasz hasła?
DDRR - dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców (1 wejść) (1) Gość
W dół Odpowiedz Ulubione: 0
TEMAT: DDRR - dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców
#6506
DDRR - dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców 9 mies. temu Oklaski: 10  
Jak rozwód wpływa na psychikę dziecka? jak na jego dorosłe życie? czy jakieś wspólne cechy łączą ludzi z rozbitych rodzin? tematy omawiane bez ustanku. ludzie dzielą się też lekturami. 'Dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców' [Jim Conway], 'Rozwód. Jak go przeżyć' [Kuba Jabłoński] i ostatnio 'Druga szansa. Kobiety, mężczyźni i dzieci dziesięć lat po rozwodzie' [Judith S. Wallerstein i Sandra Blakeslee].
DDRR - Syndrom dorosłych dzieci rozwiedzionych rodziców. Tak Kuba Jabłoński nazwał ten zespół zachowań. Czy da się go uniknąć? Psycholog odpowiada: - Rozwód to zawsze rana. Goi się różnie. Jeśli rodzice rozstając się pamiętają o uczuciach dziecka i nie wykorzystują go do zemsty na partnerze, łatwiej się zabliźnia. Ale gdy o te uczucia nie dbają, a ich celem jest rywalizacja, rana goi się trudniej i odzywa nawet po latach.
Jacy są DDRR? jakie są symptomy tego zjawiska?
I chcą, i boją się - pisze Kuba Jabłoński, psycholog i psychoterapeuta z Ośrodka 'Intra', specjalista od spraw małżeńskich. Z trudem nawiązują nowe znajomości. Do każdej randki podchodzą śmiertelnie poważnie. Po dwóch, trzech traktują nowo poznaną osobę niemal jak żonę albo męża. Rodzi to w nich poczucie nieodwracalności, odpowiedzialności i zobowiązania. W efekcie zamiast spontanicznie przeżywać Zakochanie, czują brzemię.
Boją się odrzucenia. Myślą: zakocham się, a on mnie zostawi. Zadają mnóstwo pytań, są niecierpliwi, często idealizują partnera. Bywają rozczarowani.
Z trudem decydują się na ślub. Martwią się, że powielą los rodziców i własne dzieci skażą na cierpienie.
W małżeństwie są zagubieni. Brak im wzorców wyniesionych z domu, więc czerpią z podpatrzonych, wyczytanych - nierzeczywistych.
Nie znają kłótni, która kończy się kompromisem i zbliżeniem. Kłótnia to dla nich katastrofa, koniec świata.
Złoszczą się, gdy coś dzieje się nie po ich myśli, ale nie potrafią tej złości wyrażać. Kojarzy im się z bólem i upokorzeniem. Starają się unikać wybuchu nawet kosztem swoich potrzeb, a kiedy nie dają rady, są okrutni, gotowi do rozstania.
Po awanturze Partner mówi: 'Zrobić ci herbaty?'. Nie wierzą, że chce jeszcze z nimi być, a potem czują się winni. Dlatego tłumią złość. I tak w koło.


A jakie Wy macie przemyślenia z tym związane? Ja na pewno dziękuję swojej matce, że podjęła tą decyzję dość wcześnie, nie jak jej koleżanki, kiedy dzieci miały po 10 - 13 lat i rozumiały wtedy wystarczająco dużo, by to wszystko w pełni przeżywać, ale nie dość dużo, by się nie obarczać winą i nie czuć nienawiści do któregoś z rodziców [lub obojga].

Jak te z Was, które rozwód rodziców przeszły, oceniają jego wpływ na swoje dorosłe życie? Pewnie sporo z Was ma na koncie swoje własne rozwody, czy rozstania z ojcami swoich dzieci... jak sądzicie - jaki wpływ będzie ów rozstanie miało [mniej lub bardziej dramatyczne] na Wasze dzieci, na Wasze angażowanie się w następne związki. Czy dopatrujecie się w swoim 'rozwodowym' postępowaniu śladów zachowań Waszych rodziców?

zapraszam do dyskusji...
JoKe_R (Użytkownik)
piekielny wyjadacz
Posty: 132
graphgraph
Użytkownik offline
Zaloguj się Zaloguj się  
 
<< co Cię nie zabije, to Cię udziwni >>
 
Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.  
#6508
DDRR - dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców 9 mies. temu Oklaski: 11  
temat strasznie trudny i przykry a do tego jeszcze, aby się wypowiedzieć należy się &#8217;wywnętrzyć&#8217;&#8230;
ale ok.. mam dzisiaj taki nastrój, że ciut więcej goryczy nie sprawi różnicy&#8230;

jestem z rozwiedzionej rodziny..
moi rodzice rozstali się, gdy miałam 20 lat, ale to nie znaczy, że to po mnie spłynęło&#8230; o nie&#8230;.
skracając : ojciec chciał wszystko załatwić polubownie &#8211; matka raczej nie&#8230; wszystko odbijało się na mnie jako na tej &#8217;córeczce tatusia&#8217;&#8230; przeżyłam&#8230;.
w wieku 21 lat wyszłam za mąż (bez bagażu rozwodowego rodziców)&#8230;
ale skoro historia lubi się powtarzać to&#8230;.. to po 9 latach &#8211;rozwiodłam się&#8230;.
dlaczego?
dlatego, że nie uznaję małżeństwa bez miłości i przy udziale udawanej bliskości&#8230; nasze milczenie stawało się krzykiem o ratunek dla nas obojga&#8230;.
jako wyznawczyni &#8216;albo wszystko &#8211; albo nic&#8217; stwierdziłam, że tak dalej być nie może..
skoro nie mamy sobie już nic do powiedzenia to po co być dalej razem?
i tutaj musiałam podjąć decyzję: albo udaję, że wszystko jest ok., że nic mi nie przeszkadza, że jestem super zadowolona, szczęśliwa i pociągnę tą &#8216;sielankę&#8217; do niewiadomo kiedy albo zrobię &#8216;chirurgiczne cięcie&#8217; i każde z nas zacznie szukać swojego szczęścia z kim innym&#8230;
przynajmniej w ten sposób zachowamy chociaż miłe wspomnienia&#8230;

drugi rozwód w rodzinie &#8211; co za wstyd&#8230; zamiast się poświęcić, zacisnąć zęby i wytrwać w tym czego już nie ma, do końca życia, to ja, postrzelona, odważyłam się zawalczyć o resztę swojego życia&#8230;

no cóż.. poświęcenie nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem&#8230;
przynajmniej dla mnie&#8230;.
czy mam jakieś kompleksy z powodu przeżytych dwóch rozwodów (rodziców i mojego)?
nie wiem&#8230; wydaje mi się, że nie&#8230;
może tylko baczniejszą uwagę zwracam na to, aby w moich związkach nie wkradł się chłód, zniechęcenie, kłamstwo, obłuda a przede wszystkim, aby nie wygasł płomień miłości, aby nie zabrakło uczucia ciepła i szczerości&#8230;.
i najważniejsze, bo tego chyba zabrakło w małżeństwie moich rodziców:
- najpierw daj co masz najlepszego a później oczekuj wszystkiego dobrego;
- rozmawiaj i słuchaj; słuchaj i rozmawiaj;

P.S.
jeżeli jest jakiś psycholog w piekle to bardzo proszę nie rozpatrywać mojego przypadku, bo jestem nieprzewidywalnym bliźniakiem.. normy to nie dla mnie&#8230;. kieruję się w życiu intuicją i przeczuciem &#8211; cokolwiek to ma oznaczać&#8230;
i dobrze mi z tym&#8230;
alice_96 (Użytkownik)
kusiciel filozof
Posty: 75
graphgraph
Użytkownik offline
Zaloguj się Zaloguj się  
 
Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.  
#6521
DDRR - dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców 9 mies. temu Oklaski: 2  
Moi rodzice też ze sobą nie mieszkają, nie żyją... Od wielu lat. Wiem jak to boli, gdy z dnia na dzień cały świat, który wydawało się w nim wszystko ok. zostaje "zburzony" a dokładniej odkryty jak jest naprawdę... Najbardziej przeżyła jednak to moja siostra. Ja uciekłam wtedy w świat książek, które i wcześniej były schronieniem w trudnym okresie samoakceptacji. W okresie gdy rodzice zamieszkali oddzielnie uświadomiłam sobie chyba najbardziej jaka jestem i jak chcę żyć.
Nie wiem czy to skutek tego, że moim rodzicom nie wyszło czy tez tego, że tak jakoś myślę... Ale początkowo wierzyłam, że to nic, że moim rodzicom się nie dało, że wieczność jest możliwa. I tak właśnie zawsze pragnęłam kochać i być z kimś - na zawsze...
Potem przyszedł okres mieszkania raz u jednego raz u drugiego - pierwszy "związek" - moja Wiara coraz bardziej malała... Widziałam i słyszałam jak jedno o drugim mówi, jednocześnie byłam w związku, gdzie pewna osoba była nie fair. Może tamten ciężki okres w domu przyczynił się do tego że nie potrafiłam się wycofać naiwnie myśląc, że będzie dobrze... Może też Zakochanie.
Potem przyszedł okres samotności i patrzenia na ich oboje... Wtedy nawracało do mnie falami dzieciństwo... Siniaki na moich rękach... Ból... Poczucie osamotnienia tak wielkiego jak nigdy dotąd... I wtedy powstał najgrubszy mur jaki miałam wokół siebie. Widziałam ich oboje i przestawałam wierzyć w wieczność w to, że mi się uda.
Po tylu latach "zszywania i rozdzierania" sobie serca i widzenia jak oboje z rodziców kogoś niby sobie znaleźli, ale jednak nie są szczęśliwi... Przestawałam wierzyć w miłość, która nie odchodzi i nie opuszcza. I teraz wiem, że można kochać kogoś całe życie, ale być z tą osobą - nie.
Nie wiem czego to jest wynik czy charakteru czy sytuacji w rodzinie, ale mam w sobie coś co pragnie i dąży do tego by być komuś bliskim tak jak nikt nigdy dotąd, żeby być, pomagać na ile się da i dawać siebie tak jak się potrafi... I mimo rozdartego tyle razy serca to pragnienie i naiwna(?) wiara wraca, że może jednak, że może jednak jest to możliwe... I gdy patrzę na nich oboje przechodzić zaczyna mi myśl "mi się uda... nie będzie tak, nie będzie dziecka rozdartego na pół miedzy jedno Serce a drugie...".
A jeśli coś będzie nie tak to odejść i zniknąć od razu. Nie czekać.

Pozdrawiam,
Amarantine.

PS. Rozwód w rodzinie nie jest żadnym wstydem. Wolę, żeby ktoś się rozwiódł niż dzieci miałyby cierpieć... Bo dzieci wyczuwają wszystko. Ja też wyczuwałam, ale brałam to na siebie... Wszystko... "bo byłam niegrzeczna, bo coś tam"... Dlatego uważam, że jak jest coś źle to powinno się od razu... Dlaczego ja miałam takie rozdarcie? Bo dowiedziałam się, że to nie pojawiło się nagle, ale było niemal od początku. Nawet przed ślubem... I był żal dlaczego nie wcześniej... Dlaczego dopiero aż po tylu latach...
Forgotten Elf (Użytkownik)
kusiciel filozof
Posty: 53
graphgraph
Użytkownik offline
Zaloguj się Zaloguj się  
 
Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.  
#6525
DDRR - dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców 8 mies., 3 tygodni(e) temu Oklaski: 2  
Człowiek to nie maszyna. Nie ma wpływu na to, co było kiedyś, ale ma na to, co będzie. Tym bardziej jak wie dlaczego taki a nie inny jest. DDRR? Jest w tym dużo prawdy, ale to samo można powiedzieć o dzieciach, których rodzice się nie rozwiedli i się ze sobą kłócą na co dzień. Mało takich jest? Tu nie trzeba rozwodu. Tu chodzi o podejście obojga rodziców do siebie. Nie ważne czy po rozwodzie czy nie. Jeśli Dziecko będzie obserwowało ich kłótnie bez rozwodu będzie czuło się tak samo przez nie winne, odtrącone itd. jak w sytuacji kiedy rzekomo przez nie rodzice się rozeszli.

Fajnie się mówi, że jak coś będzie nie tak to ja "odejdę". Ile osób tak myśli a tego nie robi? Ile? Nie robi, bo kieruje się rzekomym dobrem dziecka - jest źle, bo dziecko to widzi. A jak odejdzie? To co? To już jest to takie proste?

A co z tym dzieckiem, które będzie raz u mamusi a raz u tatusia? Będzie takiemu dziecku lżej? Nie będzie się zastanawiać czemu rodzice nie są razem? Nie będzie tego chciało? A co jeśli będzie obserwowało jak rodzice się o niego biją? Każde z nich je kocha na swój sposób.

Tu nie ma prostej odpowiedzi. Nie ma idealnego wyjścia.

Ja nie patrzę na to czy mam DDRR. Nie zakładam rąk i nie mówię - trudno, bo jest. Moje życie zależy ode mnie. Moje życie to nie tylko przeszłość. To również przyszłość, która stoi przede mną. Staram się nie powielać błędów i nie powtarzać historii. Stać mnie na coś więcej - dzisiaj. Stać mnie na rozmowę, kompromis i znam swoją wartość.
Bahati (Użytkownik)
grzesznik pospolity
Posty: 16
graphgraph
Użytkownik offline
Zaloguj się Zaloguj się  
 
"Klaskaniem Mając Obrzękłe Prawice" Norwid.
 
Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.  
#6641
DDRR - dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców 6 mies., 2 tygodni(e) temu Oklaski: 10  
kiedy rozmawiam z kimś o tym powiedzmy syndromie - zdaję sobie sprawę, że oczywiście nie o sam proces sądowy chodziło, ale o powolną degradację związku, czego dzieci były świadkami. co podziałało na nie w taki, nie inny sposób. ale ja uważam, że oczywiście nic nie jest w stanie opisać 'magii' ciągania się po sądach, zasądzania alimentów i wyciągania każdego syfu, by tylko pognębić już prawie ex-małżonka. księgę można by napisać, czym jest bezpardonowa Walka o dzieci, i późniejszy ping-pong między rodzicami, kiedy do podziału reszty majątku w końcu uda się doprowadzić, kiedy wydaje się, że jest już po najgorszym dla rodziców, prawdziwie najgorsze zaczyna się dla dzieci, tych, które dopiero co zaczynają kumać w co jest grane i tym, które wchodzą w okres dojrzewania bez poczucia jakiejkolwiek stabilizacji emocjonalnej. kto nie wspomina z DDRRów z najwyższą radością 20 wersji prawdy, jakich wysłuchiwał przyjeżdżając do tatusia, jaka to mama była zła, jak nie chciała się dogadać, tylko bez powodu wzniosła pozew rozwodowy, kiedy dziadkowie mówią jeszcze co innego, a znajomi rodziców przedstawiają jeszcze inną wersję. kiedy potem wraca się do matki, powtarza, co też tatuś naopowiadał i dostaje po łbie za gadanie pierdołów, bo to przecież oczywiste, że to wszystko była jego wina, bo bóg wie, co robił, choć najczęściej nie robił nic. i nie pozostało nic innego, tylko go wykopać. jakież cudowne wspomnienia mają DDRRy z czasów, kiedy było się tylko przesuwanym wedle woli - meblem, kiedy trzeba było ciągle się komuś podporządkować i naprawdę nikt nie liczył się szczerze z naszymi emocjami. cud - miód - powidełka! i kiedy rodzice poczęli już dawno pogodzić się z porażką i spotykać z innymi partnerami - dzieci wciąż żyją rozpadem, tego, co, żeby nie być banalnym, ale dało im życie. bycie raz w jednej, raz w drugiej 'szczęśliwej rodzinie' trąci schizą, i wcale nie utwierdza DDRRa w przekonaniu, że jest wspaniale, bo oboje rodzice są w końcu szczęśliwi, spełnieni. kiedy rozmawiam z takimi ludźmi, mówią mi, jak nieswojo się czuli, jak wtedy dopiero zaczęli szczerze gardzić tym całym syfem, tzw. rodziną, i przewija się przez to ciągle ten sam lajtmotiv. 'ja byłem niewinny - wszyscy mieli to w dupie. dlaczego mam teraz uznać ich prawo do szczęścia, ich prawo do normalnego życia, jeśli byli na tyle niedojrzali i nieprzygotowani do założenia rodziny, i tak ślepi, że mnie, jako dziecku, jako przyszłej, niezależnej jednostce - zrujnowali dzieciństwo. ode mnie oczekują, by bym wyrozumiały dla ich potrzeby spełnienia i znalezienia zrozumienia w związku z innym człowiekiem, ale na moje potrzeby emocjonalne, na moje cierpienie i brak poczucia stabilizacji i bezpieczeństwa nikt z nich się nie oglądał". kiedy tak tego słuchałam, wiedziałam, że oni w duchu wiedzą, że rozwód był jedynym możliwym wyjściem. że tego sie udało by się uciągnąć w żaden sposób. przebija jednak przez nich żal do rodziców, że nie potrafili znaleźć odpowiedniego partnera na założenie rodziny, że może zbyt pochopnie podejmowali taką decyzję, i że tego wszystkiego nie da się w żaden sposób odkręcić. że w jakiś sposób zostali odarci z pięknego, beztroskiego dzieciństwa, że nie wzrastali w jakże korzystnym z punktu widzenia kształtowania się poczucia bezpieczeństwa i zaufania - złudzeniu bezwarunkowej, idealnej miłości, że nie było jakoś czasu na okazanie im, że nie są wcale niczemu winni, i że w ich dorosłym życiu nie muszą popełniać błędów rodziców. że nie są obarczeni żadną klątwą. ja nie twierdzę, że rodzice po rozwodzie dają dzieciom mniej miłości, ale, że w nich samych rozwód, czy rozpad rodziny, czegoś, co z założenia miało trwać do tzw końca także obniża na pewien czas przynajmniej jakość przeżywania, gorliwość w okazywaniu uczuć, bardzo ogranicza zaufanie do ludzi, obniża samoocenę, zwłaszcza, kiedy chciało się jednak tego rozwodu uniknąć, kiedy przyczyna leżała mocniej po jednej stronie. nie jest łatwo kobiecie, którą facet zostawił z dwójką podrastających dzieci po 15 latach małżeństwa podnieść się z takiej klęski. ułożyć sobie znów życie. jest wtedy długi czas zajęta wewnętrznym roztrząsaniem swojej domniemanej winy. lub od razu obraca sie to wszystko w otwartą nienawiść do byłego męża, którą nieuchronnie zakaża swoje dzieci, mimo nawet szczerych chęci oddzielenia swojej relacji z byłym od relacji dzieci z ojcem. dzieci i tak zsolidaryzują się bardziej lub mniej otwarcie z którymś z rodziców. takie wewnętrzne wojny, taki uraz zostaje naprawdę bardzo głęboko. ciężko z nim dorastać, równie ciężko potem budować swoje pierwsze, nawet najmniej zobowiązujące układy. nie mówiąc o podjęciu decyzji na swoje własne małżeństwo. może generalizuję, ale znam dość dużą ilość młodych i całkiem dojrzałych ludzi po rozpadzie rodzin, także DDRRów po swoich własnych rozwodach. dzieci i młode sztubaki, które doświadczyły takiego procesu żyją w swojej własnej podświadomości jak ze szkarłatną literą. im bardziej zajadła była walka, im bardziej okrutna, im silniej przeżywały to obie strony nie dostrzegając w tym wszystkim krzywdy dzieci, tym gorzej to się potem ujawnia w podejmowaniu decyzji o zawieraniu związków i ogólnie wchodzeniu w relacje DDRRa.

nie chodzi więc o to, by się nie rozwodzić...
by trwać w czymkolwiek - to znacznie większe zło
chodzi o to, by decyzję o ślubie naprawdę drobiazgowo przemyśleć - to po pierwsze
o niezmienianie swojego stosunku do własnych dzieci, bo one podświadomie wywnioskują, że są jakoś temu wszystkiemu winne. skoro okazuje się im mniej czułości, niż zazwyczaj. skoro jest się opryskliwym i zajętym przeżywaniem wyłącznie swojego koszmaru. one chcą być traktowane, jakby nic się nie zmieniło. wierzyć, że wszystko będzie jednak dobrze. nawet jeśli już nie będzie jak było.
by być świadomym konsekwencji zawarcia takiego związku, który wiąże się z ponoszeniem odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale za potencjalne przyszłe dzieci. za to, w jakich warunkach emocjonalnych będą wzrastały.
czy na boga, nadajemy się w ogóle do życia w stałym związku 'till death do us a part'
a kiedy decyzja o rozwodzie jest już w trakcie podejmowania - zdać sobie sprawę, że rozwodzi się cała rodzina, że ta decyzja jest wiążąca dla całej tej struktury i odbije się na każdym jej członku, więc gadanie w stylu 'to tylko ja i mąż się rozwodzimy, dzieci na tym nie ucierpią' - należy włożyć między bajki.


odpowiedzialność i przemyślane decyzje do ciężkiej cholery!!! - tego naprawdę uczy przeżycie rozwodu.
fajnie by było, by ludzie wiedzieli to zanim zrujnują mniej lub bardziej świadomie dzieciństwo bezpardonową walką - swoim dzieciom.
JoKe_R (Użytkownik)
piekielny wyjadacz
Posty: 132
graphgraph
Użytkownik offline
Zaloguj się Zaloguj się  
 
<< co Cię nie zabije, to Cię udziwni >>
 
Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.  
#6824
DDRR - dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców 4 mies., 2 tygodni(e) temu Oklaski: 4  
Samole, znam tę sytuację bardzo dobrze, jednak z perspektywy dziecka, którego świat się posypał. Fakt, moi rodzice wzięli rozwód, ale z powodu zdrady ojca. Już wcześniej działo się źle - nieustające kłótnie, wrzaski, krzyki, bicie paskiem z byle powodu, ignorowanie dzieci albo okazywanie im tyle uczuć podszytych złośliwością na raz, że człowiek dostawał emocjonalnej czkawki. Przerabiałam to jakieś siedemnaście lat. Potem ojciec wyjechał za granicę do pracy - kolejne trzy lata zastanawiania się, czy jeszcze mnie kocha, czy o nas pamięta... Potem przyszedł rozwód, zaraz po nim przeprowadzka, sprawa rozwodowa, która ciągnęła się dwa lata, potem sprawa o alimenty między mamą a ojcem, potem sprawa o zaprzestanie świadczeń alimentacyjnych między mną a moim ojcem (sic!), zastraszenie przez sąd etc., etc.
DDRR - cóż, obserwując to, jak zachowuję się w związkach, zapewne mam pewne przejawy tego syndromu. Zwykle jestem otwartą i bezpośrednią, lecz tym samym kontrowersyjną, tym samym wchodząc w relacje z osobą, na której mi zależy, dostaję (jak to określają moi przyjaciele) "małpiego rozumu": potrafię na przykład w ogóle się nie odzywać, żeby tylko tej osoby do siebie nie zrazić, czasami bywam tak bezpośrednia, że ludzie nie są w stanie ze mną wytrzymać. Kiedyś tak bardzo zależało mi na utrzymaniu przy sobie jednego faceta, ze pozwoliłam wejść sobie na głowę, kontrolować się i sterować swoim życiem, by następnie powiedzieć mu, że mam zbyt krótką smycz i żądam jej poluzowania. W rezultacie smycz została skrócona jeszcze bardziej i zerwałam z mężczyzną wszelkie kontakty. Niektórzy powiedzieli mi później, że faceta przyzwyczaiłam do tego, że ma nade mną pełną kontrolę i chyba była to prawda. Do mojej ostatniej dziewczyny bałam się odzywać, bo była osobą wybuchową, o całkiem innym charakterze i poglądach niż ja. Do tej pory, choć ze sobą zerwałyśmy i zostałyśmy na stopie koleżeńskiej - boję się do niej odzywać, bo nie chcę wywoływać spięć i boje się, że całkiem zerwie ze mną kontakt. Rozmawiałyśmy o tym i powiedziała mi kilka razy, że ma do mnie sentyment podobnie jak ja do niej, lecz jakoś nie potrafię jej w pełni zaufać. Chyba dlatego, że jestem przyzwyczajona do sytuacji, gdzie ktoś mówi: "kocham cię", a zaraz potem wbija ci nóż w plecy. Fakt, nóż można wyciągnąć, ale rana podpisana "kocham cię" dalej pozostaje i goi się i goi...
O wiele lepiej natomiast czuję się w relacjach typu bliskie koleżeństwo czy przyjaźnie. jest kilkoro osób, które dużo dla mnie znaczą - mają swoje rodziny, swoje drugie połówki, lecz podobnie jak ja - są w stanie rzucić wszystko i przyjechać, bo akurat potrzebuje się pomocy. Jednak zachodzą tutaj całkowicie inne zależności niż między partnerami pozostającymi w związku.
Do innych takich dziwnych stanów należą dość mieszane uczucia związane ze statusami singiel/związany. Bycie "związanym" dopuszcza przecież możliwość zerwania, co w pewnych momentach zaczyna ciążyć i człowiek całe swoje postępowanie podporządkowuje temu, by ten Strach odepchnąć, staje na głowie, by tylko czuć się potrzebnym, komukolwiek. nawet dwa dni bez kontaktu od drugiej osoby stają się lękiem, że może wszystko już wygasło, może ta druga osoba już znalazła sobie kogoś bardziej interesującego - nie Kochanka/kę czy inną osobę - ale zajęcie, które przesłania naszą osobę. ten lęk powoduje, że człowiek staje się nachalny... i trudny do zniesienia.
Rzecz w tym, że bycie singlem nie narzuca na człowieka pewnych zobowiązań, które niesie ze sobą związek. W moim przypadku wprawdzie pojawia się czasami myśl, że wypadałoby już założyć rodzinę, spłodzić z mężem jakiegoś malucha, bo to jednak jest jakieś spełnienie... czy może poznać kobietę, która będzie spokojną przystanią, spełnieniem, najbliższym przyjacielem... czasami pojawiają się takie myśli, tym bardziej, ze mam już swoje lata i moje koleżanki już mają po dwa szkraby, męża etc, stałe partnerki etc.
Z drugiej strony wiem (jakkolwiek z psychologicznego punktu widzenia jest to bezpodstawne twierdzenie), że przebywanie ze mną na dłuższy czas zrobi innym krzywdę, więc wolę być sama.
torrrment (Użytkownik)
kusiciel filozof
Posty: 96
graphgraph
Użytkownik offline
Zaloguj się Zaloguj się  
 
Babe, did you forgot to take your meds? ... and sex ... and drugs ... and your complications ... | Placebo - Meds
Moje "zmoki"
 
Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.  
Do góry Odpowiedz
kobieta