|
DDRR - dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców 9 mies. temu
|
Oklaski: 2
|
Moi rodzice też ze sobą nie mieszkają, nie żyją... Od wielu lat. Wiem jak to boli, gdy z dnia na dzień cały świat, który wydawało się w nim wszystko ok. zostaje "zburzony" a dokładniej odkryty jak jest naprawdę... Najbardziej przeżyła jednak to moja siostra. Ja uciekłam wtedy w świat książek, które i wcześniej były schronieniem w trudnym okresie samoakceptacji. W okresie gdy rodzice zamieszkali oddzielnie uświadomiłam sobie chyba najbardziej jaka jestem i jak chcę żyć.
Nie wiem czy to skutek tego, że moim rodzicom nie wyszło czy tez tego, że tak jakoś myślę... Ale początkowo wierzyłam, że to nic, że moim rodzicom się nie dało, że wieczność jest możliwa. I tak właśnie zawsze pragnęłam kochać i być z kimś - na zawsze...
Potem przyszedł okres mieszkania raz u jednego raz u drugiego - pierwszy "związek" - moja Wiara coraz bardziej malała... Widziałam i słyszałam jak jedno o drugim mówi, jednocześnie byłam w związku, gdzie pewna osoba była nie fair. Może tamten ciężki okres w domu przyczynił się do tego że nie potrafiłam się wycofać naiwnie myśląc, że będzie dobrze... Może też Zakochanie.
Potem przyszedł okres samotności i patrzenia na ich oboje... Wtedy nawracało do mnie falami dzieciństwo... Siniaki na moich rękach... Ból... Poczucie osamotnienia tak wielkiego jak nigdy dotąd... I wtedy powstał najgrubszy mur jaki miałam wokół siebie. Widziałam ich oboje i przestawałam wierzyć w wieczność w to, że mi się uda.
Po tylu latach "zszywania i rozdzierania" sobie serca i widzenia jak oboje z rodziców kogoś niby sobie znaleźli, ale jednak nie są szczęśliwi... Przestawałam wierzyć w miłość, która nie odchodzi i nie opuszcza. I teraz wiem, że można kochać kogoś całe życie, ale być z tą osobą - nie.
Nie wiem czego to jest wynik czy charakteru czy sytuacji w rodzinie, ale mam w sobie coś co pragnie i dąży do tego by być komuś bliskim tak jak nikt nigdy dotąd, żeby być, pomagać na ile się da i dawać siebie tak jak się potrafi... I mimo rozdartego tyle razy serca to pragnienie i naiwna(?) wiara wraca, że może jednak, że może jednak jest to możliwe... I gdy patrzę na nich oboje przechodzić zaczyna mi myśl "mi się uda... nie będzie tak, nie będzie dziecka rozdartego na pół miedzy jedno Serce a drugie...".
A jeśli coś będzie nie tak to odejść i zniknąć od razu. Nie czekać.
Pozdrawiam,
Amarantine.
PS. Rozwód w rodzinie nie jest żadnym wstydem. Wolę, żeby ktoś się rozwiódł niż dzieci miałyby cierpieć... Bo dzieci wyczuwają wszystko. Ja też wyczuwałam, ale brałam to na siebie... Wszystko... "bo byłam niegrzeczna, bo coś tam"... Dlatego uważam, że jak jest coś źle to powinno się od razu... Dlaczego ja miałam takie rozdarcie? Bo dowiedziałam się, że to nie pojawiło się nagle, ale było niemal od początku. Nawet przed ślubem... I był żal dlaczego nie wcześniej... Dlaczego dopiero aż po tylu latach...
|
|
|