Thalio, uprzedzałam że się nie znam

dzięki za doprecyzowanie.
myślę sobie tak: wiemy, że to nie była decyzja przypadkowa, tylko w pełni świadoma co do ryzyka i doskonale przemyślana i - wierzę - przedyskutowana z najbliższymi. kluczem wydaje mi się determinacja, żeby mimo choroby zaznać w życiu wszystkiego, co ważne. stąd życie sportem mimo poważnych utrudnień i bólu. i macierzyństwa nie traktowałabym jako "non omnis moriar", tylko próbę spełnienia mimo wszystko właśnie tak, z tym właśnie mężczyzną. wiadomo, istnieje instytucja adopcji, ale realia są okrutne - przy takim nowotworze (nawet z perspektywą przeszczepu, który i tak jest niepewny w skutkach) który ośrodek adopcyjny dałby jej
Dziecko? więc być może postanowiła zaryzykować. moim zdaniem nawet, jeśli zdawała sobie sprawę, że nie będzie jej przy jej dziecku w najważniejszych momentach życia, ale miała pewność, że nie zostanie samo, tylko będzie mieć kochających opiekunów, to to nie jest egoizm. siła dążenia do samorealizacji jest naprawdę wielka. tak to wolę widzieć swoim naiwnym okiem.
EDIT: w ostatnim numerze Polityki obszerny wywiad z prof. Moniką Płatek, prawniczką z UW o "historii Agaty".