W początkach fascynacji psychopatologią trafiłam w TV na przejmujący film dokumentujący życie kobiety w dzieciństwie dręczonej przez matkę z pośrednim syndromem Munchausena. matka znęcała się nad nią - wtedy niespełna 5-letnim dzieckiem w sposób nie do wyobrażenia dla zwykłego obywatela, o kochającym rodzicu nie wspominając. łamiąc jej kości u nóg, doprowadzając do zakażeń skóry i zasypując owe rany solą, by dłużej się goiły. przy czym cała sytuacja rozgrywała się w rodzinie pełnej, gdzie oprócz dręczonej młodszej córki była także starsza, która ze strachu całe życie zaprzeczała jakoby jej siostra padła ofiarą matki. mąż zdawał się przymykać oczy, czy też nie dowierzać po prostu hipochondrycznie - histerycznej z natury żonie, jednakże zawsze gotowej do poświęceń w imię córki, która od najmłodszych lat 'ciężko chorowała' nieustannie łamiąc sobie nogi i ręce, spędzała całe tygodnie w szpitalu a matka błagała lekarzy o to, by móc być cały czas u boku cierpiącego dziecka. opowieściom córki nie dawał wiary przez 10 lat jej koszmaru. bo zresztą kto by uwierzył w to, że jego
Partner znęca się w tak wynaturzony sposób nad ukochaną córką? po co???
prawdopodobnie forum to nie miejsce na wykłady z psychologii zwłaszcza, że psychologiem z zawodu nie jestem i niestety nie zostanę, lecz moja fascynacja psychopatologią relacji rodzinnych zahaczyła także o tenże
Syndrom, a jest o tyle interesujący i wart zaznajomienia się z nim, że postanowiłam o nim cosik przytoczyć, głównie z przyczyny kontrowersyjności, jaką z punktu widzenia społecznego budzi. nawarstwiła się wokół jego posiadaczy (posiadaczek w przeważającej większości) spora dawka nienawiści i niezrozumienia jego źródeł porównywalna chyba tylko z nienawiścią i całkowitym niezrozumieniem wobec pedofili (czy matek z silną depresją poporodową porzucających opiekę nad dziećmi), jednakże ofiarami tego syndromu padają niedoj, że w przytłaczającej ilości kobiety, to jeszcze matki, a więc świętość narodowa. stąd mój post.
otóż syndrom Munchausena w ogóle to najkrócej mówiąc zachowanie, kiedy pacjentka / pacjent fabrykuje/wywołuje symptomy choroby w celu uzyskania opieki medycznej, hospitalizacji, przeprowadzenia testów medycznych itp.
aby zwrócić na siebie uwagę personelu medycznego, pacjent z syndromem Munchausena może specjalnie sprowokować uraz lub wywołać objawy ciężkiej choroby.
specyficznym przypadkiem syndromu, który właśnie postanowiłam unaocznić jest sytuacja, kiedy rodzic/opiekun wywołuje urazy lub objawy choroby nie u siebie, a u powierzonego jego opiece dziecka.
według Meadowa termin "syndrom Munchausena" został początkowo stworzony na potrzeby dziennikarzy. używano go też w stosunku do osób dorosłych, które miały skłonności do opowiadania nieprawdopodobnych historii na swój temat, podobnie jak czynił to fikcyjny baron von Munchausen, który twierdził, że latał balonem. obecnie tego terminu używa się raczej w stosunku do rodziców, którzy zmyślają różne historie na temat chorób swoich dzieci.
w przypadkach sztucznego wywoływania objawów u dzieci często powtarza się następujący scenariusz:
1.
Dziecko jest przywożone do szpitala/kliniki w ciężkim stanie.
2. po doprowadzeniu dziecka do stanu stabilnego objawy nie powtarzają się lub powtarzają w obecności tylko jednego (określonego) rodzica.
3. badania przeprowadzone w szpitalu nie wykazują żadnych chorób ani odstępstw od normy.
4. dziecko jest wypisywane w dobrym stanie.
5. rodzic powtarza zachowanie i ... patrz punkt 1.
zespół ten jest najczęściej rozpoznawany u dzieci w wieku 0 - 6 lat, które są zbyt małe aby zrozumieć swoją sytuację.
psychika ludzka kryje wiele tajemnic i doprawdy nie sposób często na pierwszy rzut oka dostrzec, co też może się kryć za potwornym niejednokrotnie rezultatem trudnego dzieciństwa, zdeterminowania genetycznego czy szeregu innych zmiennych składających się na ostrza szlifujące ludzkie osobowości. jakie jest Wasze wrażenie, całkiem intuicyjne... co trzeba w życiu przejść, co zobaczyć, by jako rodzic postąpić w ten sposób? bo teorii całkiem sporo na temat powodów istnienia tego syndromu się nazbierało. niektórzy nawet w ferworze dyskursu postawili tezę, iż pośredni syndrom M. w ogóle nie istnieje, że to tylko wymysł psychologów, dorobienie ideologii do z gruntu chorego i zasługującego na całkowite potępienie - zachowania.
jak Wam się wydaje po tym pobieżnym zarysie?
źródło: kryminalistyka i medycyna sądowa. kto uparty ten stronę w necie znajdzie.