Wybacz, że to właśnie ja zabieram głos

, ale Twój temat to także ostatnio przedmiot wielu moich rozmyślań chociażby z tego tytułu, że moje rówieśnice rozpoczynają natenczas wicie własnych gniazd ładując się oczywiście od razu po uszy w domy, dzieci, małżeństwa prace i studia na raz wprawiając mnie tym w osłupienie, a zwłaszcza faktem, jak udaje im sie to całkiem całkiem godzić, więc ostatnio moją koleżankę z byłego liceum pytam jak ona, taka zawsze podstrzelona, nie wypominając - luzara i leniuch śmierdzący potrafi być teraz domową madonną i robotem wielofunkcyjnym, niańką oraz mleczarnią równocześnie (o typa nawet nie pytałam, gdzie mieści sie jego zakres obowiązków)? ona mi na to, że nigdy nawet jej przez myśl nie przeszło, że będzie te wszystkie obowiązki z kimkolwiek dzielić. z domu wyniosła samowystarczalność. jej rodzice się rozwiedli, kiedy była dzieckiem, a jej matka natomiast wychowywała się bez ojca, gdyż szybko był odszedł na wieczną wartę. stwierdziła mi moja koleżanka, do której nagle większego niż kiedykolwiek w liceum, szacunku nabrałam, że ona swoje postępowanie uważa za "wynik ewolucji". skoro kobiety musiały w końcu pogodzić się z wieczną nieprzystawalnością mężczyzn do swoich potrzeb, to nie pozostało im nic innego, jak przestać oczekiwać rzeczy niemożliwych. więc się tu pytam, co ona uważa za ową najbardziej podstawową niemożliwość, a ona mi na to
zrozumienie.
inna moja koleżanka, w liceum wzorowa uczennica, o której wszyscy mówili, że zgnije na dziewiczym wianku, która zresztą parę miesięcy po maturze mamą została ma podobne podejście. faceta kopnęła stwierdzając, że nie zamierza mieć równocześnie dwójki dzieci, bo on zaraz po zostaniu ojcem jakby cofnął sie w rozwoju o 10 lat. jak sama zauważyła - stał się bardziej bezradny i zazdrosny, niż kiedykolwiek przedtem. dziewczyna oczywiście zdała na studia, do tego pracuje, a jako, że jedynaczką jest - dzieckiem zajmują się zakochani bez pamięci dziadkowie, raz jedni, raz drudzy i wszystkim jest to na rękę. a typ zrobił
Dziecko następnej lasce i ponoć także mu podziękowała.
ośmielę się sądzić, abstrahując od przemian społeczeństwa i takich tam dywagacji, bazując tylko na jednostkowych przykładach, że dziewczyny z założenia podchodzą do sprawy jako niewykonalnej. że podchodzą niemalże instrumentalnie ustanawiając jako punkt wyjścia stwierdzenie, że dziś nie ma facetów, na których można by było polegać, o ich kobiecych problemach wiedzą przyjaciółki, matki, siostry, ale nie faceci. kiedy czują się nieszczęśliwe idą z dziewczynami do kina, knajpy czy poryczeć im w mankiet i powymieniać się doświadczeniami, albo postrzelać na strzelnicę czy razem jadą w góry, albo biorą sobie kolejny fakultet. nie wiem, czy to wynik faktu, że faceci pogodzili się z porażką, z tym, że na zawsze utracili kontrolę nad kobietami, bo widzę, że ani trochę nie starają się ich przekonać, że są im na coś potrzebni. w każdym razie widzę coraz większy dysonans między kobietami samodzielnymi, odnajdującymi się świetnie nawet w najpaskudniejszych scenariuszach, jakie im życie nakreśla, a mężczyznami zachowującymi się niczym bezpańskie, odrzucone psy, obrażone na wszystko, bo odebrano im prawo do siedzenia na fotelu Pani.
PS: niech wybaczą mi co normalniejsi faceci. bo choć występują z częstotliwością baśniowych jednorożców, to jednak fantastycznych, nieprzeciętnych dziewczyn jest chyba niewiele więcej, ale pewnie się mylę
/ eve

ośmielam się pozdrowić /
_sal_