• Powieksz rozmiar czcionki
  • Pomniejsz rozmiar czcionki
  • Domyslny rozmiar czcionki
Antychryst Drukuj Email
(2 - ilość głosów)
Wpisała: .es   
nietzscheAntychryst (gr. antichristos) - przeciwnik, oponent Chrystusa (anti – przeciw, zamiast; christos – pomazaniec); duch będący zaprzeczeniem Chrystusa, jego antytezą. Szatan; anioł upadły, zły duch, Czart, władca, który rządzi w powietrzu (Biblia, List do Efezjan, 2,2), kusiciel, książę ciemności, w wierzeniach judeo-chrześcijańskich główny duch zła we wszechświecie.

{hidefrom=Public}
Przedmowa. Książka ta przeznaczona jest dla najmniej licznych. Może z nich nawet nikt jeszcze nie żyje. Mogliby to być ci, którzy rozumieją mego Zaratustrę: jakże bym śmiał brać siebie za jednego z tych, dla których już dziś rosną uszy? - Dopiero pojutrze jest moje. Niektórzy rodzą się jako pośmiertni.

Warunki, w których mnie się rozumie i wtedy siłą konieczności rozumie — znam je zbyt dobrze. Trzeba być rzetelnym w rzeczach duchowych aż do twardości, by choć tylko znieść moją powagę, moją namiętność. Trzeba obytym być z życiem na górach - mieć godną politowania gadaninę o codziennej polityce i samolubstwie ludów pod sobą. Trzeba zobojętnieć, trzeba nie pytać, czy prawda jest pożyteczna, czy się dla kogoś fatalnością staje...

Upodobanie siły w pytaniach, do których nikt dzisiaj nie ma odwagi; odwaga do tego, co zakazane; skazanie z góry na labirynt. Doświadczenie wyniesione z siedmiu samotności. Nowe uszy dla nowej muzyki. Nowe oczy dla tego, co najdalsze. Nowe sumienie dla prawd, które dotąd były nieme. I wola ekonomii wielkiego stylu: zachowywać swą siłę, swój zapał w skupieniu... Cześć dla siebie; miłość dla siebie; bezwzględna wolność względem siebie...

Dobrze więc! To są jedynie moi czytelnicy, moi prawdziwi czytelnicy, przeznaczeni mi z góry czytelnicy: cóż zależy na reszcie? — Reszta to tylko ludzkość. — Trzeba być wyższym nad ludzkość siłą, wyżyną ducha — pogardą...

1. — Spójrzmy sobie w Twarz. Jesteśmy Hiperborejami — wiemy dość dobrze, jak na uboczu żyjemy. „Ani lądem, ani wodą nie znajdziesz drogi do Hiperborejów": to wiedział o nas już Pindar. Poza Północą, lodem, śmiercią — nasze życie, nasze szczęście... Odkryliśmy szczęście, znamy drogę, znaleźliśmy wyjście z całych tysiącleci labiryntu. Kto i n n y je znalazł? Czyżby człowiek nowoczesny? — „Nie umiem wyjść ni wejść; jestem wszystkim, co wyjść ni wejść nie umie" - wzdycha człowiek nowoczesny... Na t ę nowoczesność byliśmy chorzy — na gnuśny pokój, na kompromis tchórzliwy, na całą cnotliwą niechlujność nowoczesnego „tak" i „nie". Ta tolerancja i largeur serca, która wszystko „przebacza", bo wszystko „pojmuje", jest naszym sirocco. Raczej wśród lodów żyć niż wśród cnót nowoczesnych i innych wiatrów południowych!... Byliśmy dość waleczni, nie szczędziliśmy siebie ni innych, lecz nie wiedzieliśmy długo, dokąd nam z naszą walecznością. Sposępnieliśmy, zwano nas fatalistami. Naszym fatum była pełnia, napięcie, stężenie sił. Łaknęliśmy błyskawicy i czynów, trzymaliśmy się jak najdalej od szczęścia słabeuszów, od „poddania"... Burza w naszym szalała powietrzu, przyroda, którą jesteśmy, zaciemniła się — bo nie mieliśmy żadnej drogi. Formuła naszego szczęścia: „tak", „nie", linia prosta, cel...

2. Co jest dobre? - Wszystko, co uczucie mocy, wolę mocy, moc samą w człowieku podnosi.

Co jest złe? - Wszystko, co ze słabości pochodzi.

Co jest szczęściem? - Uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór.

N i e zadowolenie, jeno więcej mocy; n i e pokój w ogóle, jeno wojna; n i e cnota, jeno dzielność (cnota w stylu odrodzenia, v i r t ú, cnota bez moralizny).

Słabi i nieudani niech sczezną: pierwsza zasada naszej miłości dla ludzi. I pomóc należy im jeszcze do tego.

Co jest szkodliwsze niż jakikolwiek występek? — Litość czynna dla wszystkiego, co nieudane i słabe - chrześcijaństwo...

3. Nie to, co ma zluzować ludzkość w kolejnym szeregu istot, jest problematem, który tu stawiam (- człowiek jest kresem-): lecz jaki typ człowieka hodować należy, jakiego chcieć należy, jako wartościowszego, godniejszego życia, pewniejszego przyszłości.

Ten typ wartościowszy istniał już dość często: lecz jako szczęśliwy przypadek, jako wyjątek, nigdy jako chciany. Raczej on właśnie największym przejmował strachem, był dotąd prawie samą straszliwością i z obawy chciano odwrotnego typu, hodowano go, osiągnięto: zwierzę domowe, zwierzę stadne, chore zwierzę człowiecze - chrześcijanina...

4. Ludzkość n i e przedstawia rozwoju ku lepszemu lub silniejszemu lub wyższemu, w ten sposób, jak się to dziś mniema. „Postęp" jest jeno ideą nowoczesną, to znaczy ideą fałszywą. Europejczyk dzisiejszy stoi wartością swoją głęboko pod Europejczykiem odrodzenia; rozwój dalszy n i e jest zgoła mocą jakiejś konieczności wywyższeniem, podniesieniem, wzmocnieniem.

W innym znaczeniu udają się ustawicznie na najrozmaitszych miejscach ziemi i na gruncie najrozmaitszych kultur poszczególne wypadki, które rzeczywiście przedstawiają typ wyższy: coś, co w stosunku do zbiorowej ludzkości jest rodzajem nadczłowieka. Takie szczęśliwe wypadki wielkie udaności były zawsze możliwe i będą może zawsze możliwe. A nawet całe rody, szczepy, ludy mogą w danych okolicznościach przedstawiać taką w y g r a n ą.

5. Nie należy chrześcijaństwa ozdabiać i przystrajać: wydało ono ś m i e r t e l n ą wojnę temu wyższemu typowi człowieka, wyklęło wszystkie podstawowe tego typu instynkty, wydestylowało z tych instynktów zło, s a m e g o złego: człowieka silnego jako typowo pogardy godnego, jako „wyrzutka". Chrześcijaństwo stanęło po stronie wszystkiego, co słabe, niskie, nieudane, stworzyło ideał ze sprzeciwiania się samozachowawczym instynktom silnego życia; zepsuło rozum nawet duchowo najsilniejszych, ucząc najwyższe wartości duchowe odczuwać jako grzeszne, na manowce wiodące, jako pokuszenia. Najżałośliwszy przykład: zepsucie Pascala, który wierzył w zepsucie swego rozumu przez grzech pierworodny, podczas gdy był on tylko przez jego chrześcijaństwo zepsuty!

6. Bolesne, grozą przejmujące ukazało mi się widowisko: ściągnąłem zasłonę z zepsucia człowieka. Słowo to, w moich ustach, bronione jest przynajmniej od jednego podejrzenia: że zawiera moralne oskarżenie człowieka. Jest ono — chciałbym to raz jeszcze podkreślić — wolne od moralizny: i to do tego stopnia, że owo zepsucie tam właśnie najsilniej odczuwam, gdzie dotąd najświadomiej dążono do „cnoty", do „boskości". Rozumiem zepsucie, zgadujecie to już, w znaczeniu decadence: twierdzeniem mym jest, że wszystkie wartości, w których ludzkość teraz swe najwyższe pożądania zebrała, są wartościami decadence.

Nazywam zwierzę, rodzaj, indywiduum zepsutym, jeśli straci swe instynkty, jeśli wybiera, jeśli przenosi nad inne to, co dlań szkodliwe. Historia „uczuć wyższych", „ideałów ludzkości" - i rzecz możliwa, że będę ją musiał opowiadać — byłaby prawie także wyjaśnieniem, dlaczego człowiek jest tak zepsuty. Życie samo uważam za popęd do wzrostu, trwałości, gromadzenia sił, do mocy: gdzie brak woli mocy, tam jest upadek. Twierdzeniem mym jest, że wszystkim najwyższym wartościom ludzkości brak tej woli, że wartości upadkowe, wartości nihilistyczne panują pod najświętszymi imionami.

7. Zwie się chrześcijaństwo religią l i t o ś c i. — Litość stoi w przeciwieństwie do afektów tonicznych, podnoszących energię poczucia życia: działa depresyjnie. Litując się, traci się siłę. Przez litość zwiększa i zwielokrotnia się jeszcze ubytek siły, który już sam cierpienie przynosi życiu. Samo cierpienie staje się przez litość zaraźliwym; w pewnych okolicznościach można osiągnąć przez nią ogólny ubytek życia i energii życiowej, który stoi w niedorzecznym stosunku do quantum przyczyny (wypadek z śmiercią Nazaretańczyka). To jest pierwszy punkt widzenia; lecz istnieje jeszcze ważniejszy.

Jeśli się przypuści, że litość mierzy się wartością reakcji, którą wywoływać zwykła, to niebezpieczny jego dla życia charakter ukazuje się w jeszcze jaśniejszym świetle. Litość krzyżuje na ogół prawo rozwoju, które jest prawem s e l e k c j i. Utrzymuje ona przy życiu, co do śmierci dojrzało; broni ku korzyści wydziedziczonych i skazańców życiowych, nadaje samemu życiu, wskutek bezliku wszelkiego rodzaju nieudanych, których przy utrzymuje, wygląd posępny i podejrzany. Ważono się nazwać litość cnotą (- w każdej dostojnej moralności uchodzi ona za słabość -); posunięto się dalej, uczyniono z niej samą cnotę, grunt i źródło wszech cnót tylko oczywista, o czym zawsze pomnieć należy, z punktu widzenia filozofii nihilistycznej, która zaprzeczenie życia na swej wypisała tarczy. Schopenhauer był co do tego w swym prawie: przez litość zaprzecza się życiu, czyni się je bardziej zaprzeczenia godnym — litość jest praktyką nihilizmu. By rzec raz jeszcze: ten depresyjny i zaraźliwy instynkt krzyżuje owe instynkty, które dążą do utrzymania życia i podwyższenia jego wartości: jest on zarówno jako mnożnik nędzy, jak też jako zachowawca wszystkiego, co nędzne, głównym narzędziem wzmożenia decadence — litość namawia do nicości!... Nie mówi się „n i c o ś ć": natomiast mówi się „zaświat"; lub „Bóg"; lub „życie p r a w d z i w e"; lub nirwana, zbawienie, szczęśliwość... Ta niewinna retoryka z dziedziny idiosynkrazji religijno-moralnych okazuje się natychmiast o wiele mniej niewinną, gdy się zrozumie, jaka dążność narzuca tu na siebie płaszcz wzniosłych słów: dążność wroga życiu.

Schopenhauer był wrogiem życia: dlatego litość stała się dlań cnotą... Arystoteles, jak wiadomo, wdział w litości stan chorobliwy i niebezpieczny, któremu by należało czasem dopomóc środkiem przeczyszczającym: rozumiał on tragedię jako środek przeczyszczający. Ze stanowiska instynktu życia, trzeba by rzeczywiście poszukać środka, by takiemu chorobliwemu i niebezpiecznemu nagromadzeniu litości, jak to przedstawia przykład z Schopenhauerem (i niestety także nasza powszechna literacka i artystyczna decadence od Petersburga do Paryż, od Tołstoja do Wagnera), zadać pchnięcie: by pękło... Nie ma nic niezdrowszego, wśród naszej niezdrowej nowoczesności, nad litość chrześcijańską. T u być lekarzem, t u być nieubłaganym, t u krajać nożem - to n a s z e zadanie, to nasz rodzaj miłości człowieka, przez to jesteśmy filozofami i Hiperborejami!

8. Trzeba koniecznie powiedzieć, kogo odczuwamy jako swoje przeciwieństwo — teologów i wszystko, co krew teologów ma w żyłach — naszą całą filozofię... Trzeba było fatalność tę widzieć z bliska, lepiej jeszcze, trzeba było doświadczyć jej na sobie, trzeba było zniszczeć przez nią prawie, by tu nie znać już żartu (- wolnoduchostwo naszych panów przyrodników i fizjologów jest w moich oczach żartem — brak im namiętności w tych rzeczach, cierpienia z ich powodu -). Owo zatrucie sięga o wiele dalej, niż się mniema: odnalazłem instynkt teologiczny „pychy" wszędzie, gdzie człowiek dziś czuje się „idealistą" - gdzie, wskutek wyższego pochodzenia, rości się sobie prawo do patrzenia na rzeczywistość z wyższością i obco... Idealista ma, zupełnie jak kapłan, wszystkie wielkie pojęcia w ręku (i nie tylko w ręku!), gra nimi z dobrotliwą pogardą przeciw „rozumowi", „zmysłom", „zaszczytom", „dobrobytowi", „wiedzy", widzi podobne rzeczy pod sobą, jako siły szkodzące i uwodne, nad którymi unosi się duch w czystym „dla siebie" - jak gdyby nie pokora, czystość, ubóstwo, jednym słowem świętość, niewymownie więcej szkody dotychczas życiu przyniosły niż jakiekolwiek straszliwości i występki... Czysty duch jest czystym kłamstwem... Dopóki kapłan uchodzi jeszcze za wyższy rodzaj człowieka, ten przeczyciel, oszczerca, truciciel życia z powołania, dopóty nie ma odpowiedzi na pytanie: co j e s t prawda? Przewrócono już prawdę do góry nogami, skoro świadomy adwokat nicości i zaprzeczenia uchodzi za przedstawiciela „prawdy"...

9. Temu instynktowi teologów wydaję wojnę: znalazłem ślady jego wszędzie. Kto ma w żyłach krew teologów, stoi do wszystkich rzeczy w stosunku skośnym i nieuczciwym. Patos, który się z tego rozwija, zwie siebie wiarą: zamknięcie raz na zawsze oczu przed sobą, by nie cierpieć z powodu widoku nieuleczalnego fałszu. Z tej błędnej optyki w stosunku do wszystkich rzeczy czyni się sobie morał, cnotę, świętość, żąda się, by żaden inny rodzaj optyki nie śmiał mieć więcej wartości, skoro się własną uświęciło mianami „Bóg", „zbawienie", „wieczność". Wszędzie dogrzebałem się jeszcze instynktu teologów: jest on najbardziej rozpowszechnioną, istotnie podziemną formą fałszu, jaka istnieje na ziemi. Co teolog jako prawdziwe odczuwa, musi być fałszywe: ma się w tym nieomal kryterium prawdy. Najgłębszy jego instynkt samozachowawczy zabrania dojść rzeczywistości w jakimkolwiek punkcie do czci lub choćby tylko do głosu. Dokąd wpływ teologów sięga, tam przewrócono ocenę wartości do góry nogami, tam pojęcia „prawdziwy" i „fałszywy" są z konieczności odwrócone; co najszkodliwsze dla życia, zwie się tu prawdziwe, co je podnosi, wzmaga, potwierdza, usprawiedliwia i tryumfującym czyni, zowie się fałszywym... Jeśli się zdarzy, że teologowie poprzez „sumienie" książąt (lub ludów) p o m o c wyciągną nie wątpmy, c o każdym razem w gruncie się dzieje: wola końca, woli n i h i l i s t y c z n a chce dojść do mocy.

10. Wśród Niemców zrozumieją natychmiast, gdy powiem, że filozofię skaziła krew teologów. Proboszcz protestancki jest dziadkiem filozofii niemieckiej, sam protestantyzm jego peccatum originale. Definicja protestantyzmu: jednostronny bezwład chrześcijaństwa- i rozumu... Wystarczy wypowiedzieć słowo „Instytut Tybingeński", by zrozumieć, czym jest w gruncie filozofia niemiecka -podstępną teologią... Szwabi są najlepszymi w Niemczech kłamcami, kłamią niewinnie... Skąd radość, która z wystąpieniem Kanta przejmowała uczony świat niemiecki, składający się w trzech czwartych z pastorskich i nauczycielskich synów, skąd przekonanie niemieckie, które i dziś jeszcze znajduje swe echo, że od Kanta zaczyna się zwrot ku l e p s z e m u? Instynkt teologiczny w uczonym niemieckim zgadł, c o teraz znów umożliwionym zostało... Chyłkowa dróżka do starego ideału stała otworem pojęcie „świata p r a w d z i w e go", pojęcie moralności jako esencji świata (- te dwa najzłośliwsze błędy, jakie istnieją!) były teraz znowu, dzięki szczwanie mądremu sceptycyzmowi, jeśli nie do dowiedzenia, to jedna nie do o b a l e n i a... Rozum, prawo rozumu nie sięga tak daleko... Uczyniono z rzeczywistości „pozorność"; świat zgoła z e ł g a n y, świat tego, co trwa w bycie, uczyniono rzeczywistością...

Powodzenie Kanta było tylko powodzeniem teologicznym: Kant był, podobnie jak Luter, podobnie jak Leibniz, jednym hamulcem więcej w niepewnej siebie rzetelności niemieckiej — -

11. Jeszcze słowo przeciw Kantowi jako moraliście. Pewna cnota musi być naszym wynalazkiem, naszą osobistą konieczną obroną i konieczną potrzebą: w każdym innym znaczeniu jest jeno niebezpieczeństwem nie jest warunkiem naszego życia, szkodzi mu: cnota tylko z poczucia szacunku dla pojęcia „cnoty", jak chciał Kant, jest szkodliwa. „Cnota", „obowiązek", „dobro w sobie", dobro o charakterze bezosobistości i powszechnej obowiązkowości — majaki mózgu, w których wyraża się zanik, ostateczne osłabienie życia, chińszczyzna królewiecka. Coś odwrotnego nakazują głębsze prawa utrzymania się i wzrostu: by każdy wynalazł sobie s w o j ą cnotę, swój kategoryczny imperatyw. Każdy lud ginie, jeśli swój obowiązek pomiesza z pojęciem obowiązku w ogóle. Nic nie niszczy głębiej, wnętrzniej, niż wszelki obowiązek „nieosobisty", wszelka ofiara na ołtarzu molocha abstrakcji. — Że też nie odczuto kategorycznego imperatywu Kanta jako niebezpiecznego dla życia!... Sam instynkt teologiczny wziął go w obronę! — Każdy postępek, do którego zmusza instynkt życia, ma w przyjemności swój dowód, że jest słusznym postępkiem: a każdy nihilista o chrześcijańsko dogmatycznych jelitach rozumiał przyjemność jako zarzut... Co niszczy szybciej niż praca, myślenie, czucie bez konieczności wewnętrznej, bez głęboko osobistego wyboru, bez przyjemności? niż automat obowiązku? Jest to wprost recepta na decadence, aż do idiotyzmu... Kant stał się idiotą. — I to był współcześnik Goethego! Ten pająk złowieszczy uchodził za filozofa niemieckiego — uchodzi zań jeszcze!... Wystrzegam się mówić, co myślę o Niemcach... Nie widziałże Kant w rewolucji francuskiej przejścia z nieorganicznej formy państwa do organicznej? Nie pytałże się, czy nie istnieje zdarzenie, którego by zgoła inaczej wytłumaczyć nie można, chyba tylko moralną zdolnością ludzkości, tak, by raz na zawsze przez nią „dążność ludzkości do dobrego" dowiedzioną została? Odpowiedź Kanta: „jest to rewolucja". Chybiający instynkt w ogóle i w szczególe, przeciwnaturalność jako instynkt, niemiecka decadence jako filozofia — j e s t to Kant! -

12. Pomijam kilku sceptyków, przyzwoity typ w historii filozofii: lecz reszta nie zna najpierwszych wymogów uczciwości intelektualnej. Czynią pospołu to, co kobietki, wszyscy ci wielcy marzyciele i dziwotwory — uważają „piękne uczucia" już za argumenty, „wzniesione łono" za miech bóstwa, przekonanie za kryterium prawdy. W końcu usiłował Kant, w niewinności „niemieckiej" unaukowić tę formę zepsucia, ten brak sumienia intelektualnego pojęciem „rozumu praktycznego": osobno wynalazł rozum na wypadek, w którym nie ma się co troszczyć o rozum, mianowicie, jeśli odzywa się morał, wzniosłe żądanie „powinieneś". Jeśli się zważy, że u wszystkich prawie ludów filozof jest tylko dalszym rozwojem typu kapłańskiego, to nie dziwi nas już to dziedzictwo po kapłanach, fałszerstwo monet na swój własny u ż y t e k. Jeśli się ma święte zadania, na przykład polepszać ludzi, ratować, wyzwalać, jeśli się bóstwa w sercu nosi, jeśli się jest trąbą zaświatowych rozkazów, to mając taką misję stoi się już poza zakresem wszystkich tylko z rozumem zgodnych ocen wartości — nawet jest się już uświęconym takim zadaniem, nawet już typem wyższego porządku!... Cóż obchodzi kapłana wiedza! Stoi on na to zbyt wysoko! — A kapłan dotąd panował! - Ustanawiał pojęcia: „prawdziwy" i „nieprawdziwy"!

13. Nie lekceważmy tego: my sami, my duchy wolne, jesteśmy już „przemianą wszystkich wartości", wcielonym ogłoszeniem wojny i zwycięstwa wszystkim starym pojęciom o „prawdziwym" i „nieprawdziwym". Najwartościowsze wniknięcia znajduje się najpóźniej; lecz najwartościowsze wniknięcia to metody.

Wszystkie metody, wszystkie założenia teraźniejszej naszej wiedzy miały przez tysiąclecia najgłębszą pogardę przeciw sobie: wskutek nich było się wyłączonym z obcowania z „porządnymi" ludźmi, uchodziło się za nieprzyjaciela Boga, za gardzącego prawdą, za ,,opętańca". Jako typ naukowy było się czandalą... Mieliśmy cały patos ludzkości przeciw sobie - jej pojęcie o tym, czym prawda być winna, czym służba dla prawdy być winna: każde „powinieneś" było dotąd przeciw nam zwrócone... Nasze obiekty, nasze praktyki, nasze zachowanie się ciche, ostrożne, nieufne — wszystko jej zdało się niegodnym i zasługującym na wzgardę. — Można by w końcu z pewną słusznością spytać się, czy to właściwie nie smak estetyczny utrzymywał ludzkość w tak długiej ślepocie: żądała ona od prawdy malarskiego efektu, żądała tak samo od poznającej by silnie działał na zmysły. Nasza skromność sprzeciwiała się najdłużej jej smakowi... O, jakże to odgadły, te jędory Boga -

14. Nauczyliśmy się czego innego. Staliśmy się pod każdym względem skromniejsi. Nie wywodzimy już człowieka z „ducha", z „boskości", postawiliśmy go na powrót między zwierzętami. Uważamy go za zwierzę najsilniejsze, bo jest najchytrzejszym: następstwem tego jest jego duchowość. Z drugiej strony bronimy się przeciw próżności, która by i tutaj znów odezwać się mogła: jakoby człowiek był wielkim ukrytym zamysłem zwierzęcego rozwoju.

Nie jest on zgoła koroną stworzenia, każde stworzenie jest, obok niego, na równym stopniu doskonałości... I twierdząc to, twierdzimy jeszcze za wiele: człowiek jest, względnie wziąwszy, najbardziej nieudanym zwierzęciem, najchorowitszym, najniebezpieczniej precz od swoich instynktów zbłąkanym — oczywiście, z tym wszystkim, także najbardziej zajmującym! — Co się tyczy zwierząt, to najpierw Kartezjusz, z czcigodną śmiałością ważył się na myśl rozumienia zwierząt jako machina: cała nasza fizjologia wysila się na dowód tego twierdzenia. Nie usuwajmy też, logicznie biorąc, na bok człowieka, jak jeszcze Kartezjusz czynił: co w ogóle dziś o człowieku pojęto, to tyle właśnie, że się go rozumie jako machinę.

Niegdyś nadawano człowiekowi, jako jego wyprawę ze strony wyższego porządku, „wolną wolę": dziś odebraliśmy mu nawet wolę, w tym znaczeniu, że przez to żadnej władzy rozumieć już nie wolno. Stare słowo „wola" służy tylko do określenia wyniku, rodzaju indywidualnej reakcji, która koniecznie następuje po mnóstwie częścią z sobą sprzecznych, częścią zgodnych podniet: wola już nie „działa", już nie „porusza"... Niegdyś widziano w świadomości człowieka, w „duchu", dowód wyższości jego pochodzenia, jego boskości; by człowieka uzupełnić, radzono mu, na sposób żółwia, wciągnąć w siebie zmysły, zaprzestać obcowania z ziemskością, zrzucić doczesną powłokę: potem pozostałaby po nim treść główna, jego „czysty duch". Także co do tego zorientowaliśmy się lepiej: uświadamianie sobie, „duch", uchodzi u nas właśnie za objaw względnej niedoskonałości organizmu, jako doświadczanie, macanie, chybianie, jako mozół, przy którym niepotrzebnie dużo zużywa się siły nerwowej — przeczymy, że cośkolwiek da się doskonałym uczynić, dopóki się jeszcze uświadamia. „Duch czysty" jest czystą głupotą: odliczmy system nerwowy i zmysły, „doczesną powłokę", a pominiemy w rachunku s i e b i e — nic więcej!...

15. Ani moralność, ani religia nie styka się w chrześcijaństwie z żadnym punktem rzeczywistości. Same urojone przyczyny („Bóg", „dusza", „ja", „duch", „wolna wola" — lub też „niewolna"); same urojone skutki („grzech", „zbawienie", „łaska", „kara", „odpuszczenie grzechu"). Obcowanie urojonych istot („Bóg", „duchy", „dusze"); urojona wiedza przyrodnicza (antropocentryczna; zupełny brak pojęcia przyczyn przyrodzonych); urojona psychologia (same samonieporozumienia, interpretacje przyjemnych lub nieprzyjemnych uczuć ogólnych, na przykład stanów nervi sympathici, z pomocą mowy znakowej religijno-moralnej idiosynkrazji -"kara", „wyrzut sumienia", „pokusa diabelska", „bliskość Boga"); urojona teleologia („Królestwo Boże", „Sąd Ostateczny", „życie wieczne"). -Ten świat czystej fikcji różni się tym bardzo z ujmą dla siebie od świata marzenia, że ten ostatni odzwierciedla rzeczywistość, podczas gdy o n rzeczywistość fałszuje, odziera z wartości, zaprzecza jej. Zanim wynaleziono dopiero pojęcie „natura", jako przeciwstawienie pojęcia „Bóg", musiało „naturalny" być słowem na „godny pogardy" — ów cały świat fikcji ma swe korzenie w nienawiści do naturalności (rzeczywistość!), jest on wyrazem głębokiego niesmaku z tego, co rzeczywiste... Lecz to wyjaśnia wszystko. Kto jedynie ma powody wykłamywania się z rzeczywistości? Kto z jej powodu cierpi. Lecz cierpieć z powodu rzeczywistości znaczy być unieszczęśliwioną rzeczywistością... Przewaga uczuć nieprzyjemnych nad przyjemnymi jest przyczyną owej fikcyjnej moralności i religii: taka przewaga jest formułą na decadence...

16. Do podobnego wniosku zmusza krytyka chrześcijańskiego pojęcia Boga. — Lud, który jeszcze w siebie sam wierzy, ma też jeszcze swego własnego Boga. Czci w nim warunki, dzięki którym jest górą, swoje cnoty, przerzuca swą radość z siebie, swe poczucie mocy w istotę, której dziękczynić za to można. Kto bogaty, chce oddawać; lud dumny potrzebuje Boga, by składać ofiary... Religia, w obrębie takich założeń, jest formą wdzięczności.

Jest się wdzięcznym za samego siebie: po to potrzebuje się Boga. Taki Bóg musi umieć pomagać i szkodzić, musi umieć być przyjacielem jak wrogiem — podziwia się go w dobrym jak w złym. Przeciwnaturalna kastracja Boga na Boga dobra tylko leżałaby tu poza obrębem wszelkiej pożądaności.

Potrzebuje się Boga złego tak jak dobrego: zawdzięcza się przecie istnienie własne chyba nie tolerancji, nie życzliwości dla ludzi... Cóż by zależało na Bogu, który by nie znał gniewu, zemsty, zawiści, szyderstwa, chytrości, gwałtu? Który by nie znał może nawet zachwycających ardeurs zwycięstwa i zniszczenia? Nie rozumiano by takiego Boga: po cóż by go mieć? — Oczywista: jeśli lud ginie; jeśli czuje, że Wiara w przyszłość, jego nadzieja wolności ostatecznie znika; jeśli poddanie uświadamia się mu jako pierwszy pożytek, cnoty poddańcze jako warunki utrzymania się, wówczas musi się i Bóg jego zmienić. Staje się on teraz potulny, bojaźliwy, skromny, doradza „spokój duszy", zaprzestania nienawiści, pobłażanie, nawet „miłość" dla przyjaciela i wroga. Moralizuje ustawicznie, włazi w jaskinię każdej cnoty prywatnej, staje się Bogiem każdego, osobą prywatną, kosmopolitą... Niegdyś przedstawiał jakiś lud, siłę jakiegoś ludu, wszystko, co w duszy jakiegoś ludu było agresywne i spragnione mocy: teraz jest tylko jeszcze dobrym Bogiem... Rzeczywiście, nie ma innej alternatywy dla Bogów: albo są oni wolą mocy — i tak długo będą bogami ludów — albo niemocą mocy — i wówczas z konieczności stają się dobrymi...

17. Gdzie w jakiejkolwiek formie wola mocy ginie, istnieje też każdym razem fizjologiczne cofanie się, decadence. Bóstwo tej decadence, obrzezane na punkcie swych najbardziej męskich cnót i popędów, staje się teraz koniecznie Bogiem fizjologicznie cofniętych, słabych. Zwą oni siebie samych n i e słabymi, zwą siebie „dobrymi"... Rozumie się, już bez potrzeby wskazówki, w jakich dopiero chwilach dziejów możliwą się staje dualistyczna fikcja dobrego i złego Boga. Tym samym instynktem, którym podbici ściągają Boga swego na szczebel „dobra w sobie", wykreślają też z Boga swych zwycięzców dobre właściwości; mszczą się na swych panach tym, że przerabiają na diabła ich Boga. — Bóg dobry, jak i diabeł: obaj wyrodki decadence. — Jak można dziś jeszcze ustępować tak bardzo prostoduszności teologów chrześcijańskich, by wyrokować z nimi, że rozwój pojęcia Boga z „Boga Izraela", „Boga ludowego", w Boga chrześcijańskiego, w zbiorowe pojęcie wszelkiego dobra, jest p o s t ę p e m? — Lecz nawet Renan to czyni.

Jak gdyby Renan miał prawo do prostoduszności! Przeciwieństwo rzuca się przecie w oczy. Jeśli założenia wznoszącego się życia, jeśli wszelką siłę, waleczność, władczość, dumę wyłączy się z pojęcia Boga, jeśli krok za krokiem zniży się on do symbolu łaski dla znużonych, deski ratunku dla wszystkich tonących, jeśli stanie się Bogiem ludzi biednych, Bogiem grzeszników, Bogiem chorych par excellence, a tytuł „Zbawca", „Odkupiciel" niejako ostanie się, jako tytuł boski w ogóle: o czymże mówi taka przemiana? Taka redukcja boskości? - Oczywiście: „Królestwo Boże" większe się przez to stało. Niegdyś miał Bóg tylko swój lud, swój lud „wybrany". Tymczasem poszedł, zupełnie jak sam lud jego, w obczyznę, na wędrówkę, nigdzie odtąd już nie zagrzał miejsca: a w końcu wszędzie czuł się w domu, stał się wielkim kosmopolitą - aż „wielką liczbę" i pół ziemi przeciągnął na swoją stronę. Lecz Bóg „wielkiej liczby", demokrata wśród bogów, nie stał się mimo to dumnym bogiem pogańskim: pozostał Żydem, pozostał Bogiem zakątów, Bogiem wszystkich nor i miejsc ciemnych, wszystkich niezdrowych zaułków całego świata!... Jego królestwo światowe jest nadal, jak przedtem, królestwem podziemnym, szpitalem, państwem souterrain, państwem getta... A on sam tak blady, tak słaby, taki decadent...

Nawet najbledsi z bladych jeszcze nim owładnęli, panowie metafizycy, albinosy pojęciowe. Osnuwali go tak długo wokoło, aż, zahipnotyzowany ich ruchami, sam stał się pająkiem, sam metafizykiem. Teraz on znów świat wysnuwał z siebie — sub specie Spinozae — teraz przekształcał się w coraz większą cienkość i bladość, stał się „ideałem", stał się „czystym duchem", stał się absolutum, stał się „rzeczą samą w sobie"... Upadek Boga: Bóg stał się „rzeczą samą w sobie"...

18. Chrześcijańskie pojęcie Boga — Bóg jako Bóg chorych, Bóg jako pająk, Bóg jako duch -jest jednym z najbardziej zepsutych pojęć Boga, jakie osiągnięto na ziemi; jest ono może nawet miernikiem stanu głębi w zstępującym rozwoju typu boskiego. Bóg wyrodzony w sprzeczność z życiem, zamiast być jego przejaśnieniem i wieczystym „Tak"! W Bogu wrogość zapowiedziana życiu, naturze, woli życia! Bóg formułą dla każdego oczernienia „tego świata", dla każdego kłamstwa o „zaświecie"! W Bogu ubóstwiona nicość, wola nicości uświęcona!...

19. Że silne rasy Europy północnej nie odepchnęły od siebie Boga chrześcijańskiego, to zaprawdę nie przynosi chwały ich uposażeniu religijnemu, nie mówiąc już o smaku. Z takim chorowitym i osłabłym ze starości wyrodkiem decadence, winny były koniecznie dojść do końca. Lecz klątwa ciąży na nich za to, że z nim nie doszły do końca: choroba, starość, sprzeczność weszły im we wszystkie instynkty — żadnego już odtąd Boga nie stworzyły!

Dwa tysiąclecia prawie i ani jednego nowego Boga! Lecz wciąż jeszcze i jak coś stałego, jak ultimatum i maximum tworzącej bogów siły, człowieczego creator spiritus, ten politowania godny Bóg chrześcijańskiego monotonoteizmu! Ten mieszańczy twór upadku z zera, pojęcie i sprzeczność, w którym wszystkie instynkty decadence, wszystkie tchórzostwa i znużenia duszy mają swe uświęcenie! -

20. Potępieniem chrześcijaństwa nie chciałbym dopuścić się krzywdy na pokrewnej religii, która ilością wyznawców nawet przeważa: na b u d d y z m i e. Obie łączą się z sobą jako religie nihilistyczne — są religiami decadence — obie są oddzielone od siebie w najprzedziwniejszy sposób. Że je teraz porównywać można, za to krytyk chrześcijaństwa głęboko jest wdzięczny uczonym indyjskim. -- Buddyzm jest stokroć realistyczniejszy od chrześcijaństwa — ma we krwi dziedzictwo przedmiotowego i chłodnego stawiania problematów, zjawia się p o trwającym lat setki ruchu filozoficznym; w chwili pojawienia się jego jest pojęcie „Bóg" już uprzątnięte. Buddyzm jest jedyną właściwie pozytywistyczną religią, jaką nam ukazuje historia, nawet jeszcze w swojej teorii poznania (surowym fenomenalizmie), nie mówi już "Walka przeciw grzechowi", lecz, zgoła rzeczywistości przyznając prawo, „walka przeciw c i e r p i e n i u". Ma on — to różni go głęboko od chrześcijaństwa — samooszustwo pojęć moralnych już za sobą- stoi, mówiąc moim językiem, poza dobrem i złem. — Oto dwa fakty fizjologiczne, na których spoczywa i które ma na oku: po pierwsze nadmierna pobudliwość wrażliwości, która wyraża się jako wyrafinowana zdolność cierpienia, potem przeduchowienie, nazbyt długie życie w pojęciach i procedurach logicznych, wśród którego instynkt osobowy doznał szkody z korzyścią „bezosobistości" (jedno i drugie stany, które przynajmniej niektórzy moi czytelnicy, „przedmiotowi", jak ja sam, znać będą z doświadczenia). Na gruncie tych fizjologicznych warunków powstała depresja: przeciw niej Budda zabiega higienicznie. Stosuje przeciw niej życie na wolnym powietrzu, życie wędrowne; umiarkowanie i wybór w pożywieniu; ostrożność względem wszystkich spirituosa; tak samo ostrożność przed afektami, które żółć wzburzają, rozpalają krew: żadnej troski, ani o siebie, ni o innych. Wymaga wyobrażeń, które ani nie darzą spokojem, ani rozweselają — wynajduje środki do odwyknięcia od innych. Rozumie dobroć, dobrotliwość jako sprzyjające zdrowiu. Modlitwa jest wykluczona, tak samo jak asceza; żadnego kategorycznego rozkazu, żadnego musu w ogóle, nawet w obrębie zgromadzenia klasztornego (można znów wystąpić). To wszystko miały być środki do wzmocnienia owej nadmiernej pobudliwości. Właśnie dlatego nie wymaga też walki z myślącymi inaczej; nauka jego przeciw niczemu nie broni się więcej, niż przeciw uczuciu zemsty, odrazy, ressentiment („nieprzyjaźni nie-przyjaźń kresu nie położy": wzruszający refren całego buddyzmu...). I to słusznie: właśnie te afekty byłyby zgoła niezdrowe ze względu na główny cel dietetyczny. Znużenie duchowe, które on zastaje i które wyraża się w zbyt wielkiej „przedmiotowości" (to znaczy w osłabieniu interesu indywidualnego, w stracie na wadze, na „egoizmie"), zwalcza, sprowadzając ściśle i najbardziej duchowe interesy do o s o b y. W nauce Buddy egoizm staje się obowiązkiem: owo „jednego potrzeba", owo „jak ty uwolnisz się od cierpienia" reguluje i ogranicza całą dietę duchową (należy może przypomnieć sobie owego Ateńczyka, który również z czystą „naukowością" wiódł wojnę, Sokratesa, który egoizm osobisty także w państwie problematów podniósł do morału).

21. Warunkiem buddyzmu jest bardzo miękki klimat, wielka łagodność i swoboda obyczajów, brak militaryzmu; i to, że ruch miał swe ognisko wśród wyższych, a nawet uczonych, stanów. Pragnie się pogody, ciszy i nieżywienia żadnych życzeń, jako celu najwyższego i osiąga się ten cel. Buddyzm nie jest religią, w której się tylko do doskonałości dąży: doskonałość jest wypadkiem normalnym. -

W chrześcijaństwie występują na czoło instynkty podbitych i uciśnionych: najniższe stany szukają w nim zbawienia. Kazuistykę grzechu, samokrytykę, inkwizycję sumienia uprawia się tu jako zajęcie, jako środek przeciw nudzie; podtrzymuje się tu nieustannie afekt dla mocarza, zwanego „Bogiem" (mocą modlitwy); to co najwyższe uchodzi tu za nieosiągalne, za dar, za „łaskę". Brak tu także jawności; kryjówka, ciemna przestrzeń jest chrześcijańska. Ciało jest tu w pogardzie, higienę uchyla się jako zmysłowość; Kościół broni się nawet przeciw czystości (pierwszym zarządzeniem chrześcijańskim po wypędzeniu Maurów było zamknięcie kąpieli publicznych, których sama Kordowa posiadała 270). Chrześcijański jest pewien zmysł okrucieństwa względem siebie i innych; nienawiść do inaczej myślących; wola prześladowania. Posępne i wstrząsające wyobrażenia stoją na pierwszym planie; najbardziej pożądane, najwyższymi mianami określone stany to epilepsoidy; wybiera się tak dietę, by sprzyjała zjawiskom chorobliwym i przedrażniała nerwy. Chrześcijańską jest wrogość śmiertelna przeciw panom ziemi, przeciw „dostojnym" — a zarazem ukryte, tajemne współzawodnictwo (pozostawia się im „ciało", chce się tylko „duszy"...). Chrześcijańską jest nienawiść do d u c h a, do dumy, odwagi, wolności, libertinage ducha; chrześcijańską jest nienawiść do zmysłów, do radości zmysłów, do radości w ogóle...

22. Chrześcijaństwo, opuściwszy swój pierwszy grunt, stany najniższe, podziemie starożytnego świata, wyszedłszy po moc między ludy barbarzyńskie nie miało tu już jako założenia ludzi znużonych, lecz wewnętrznie zdziczałych i rozdzierających się ludzi — człowieka silnego, lecz nieudanego.

Niezadowolenie z siebie, cierpienie z powodu siebie nie jest tu, jak u buddystów, nadmierną pobudliwością i zdolnością cierpienia, raczej odwrotnie, przemożnym pragnieniem zadawania bólu, pragnieniem upustu wewnętrznego napięcia we wrogich działaniach i wyobrażeniach. Chrześcijaństwo potrzebowało barbarzyńskich pojęć i wartości, by stać się barbarzyńców panem: takimi są ofiara z pierwocin, picie krwi przy komunii, pogarda ducha i kultury; tortura w każdej formie, zmysłowa i niezmysłowa; wielki przepych kultu. Buddyzm jest religią dla ludzi późnych, dla ras dobrotliwych, łagodnych, przeduchowionych, które zbyt łatwo ból odczuwają (Europa będzie jeszcze długo niedojrzała doń): jest on sprowadzeniem ich na powrót do spokoju i pogody, do diety w rzeczach duchowych, do pewnego zahartowania w cielesnych. Chrześcijaństwo chce stać się panem zwierząt drapieżnych; środkiem jego jest uczynić je chorymi, osłabienie jest chrześcijańską receptą celem oswojenia, celem „cywilizacji". Buddyzm jest religią dla końca i znużenia cywilizacji, chrześcijaństwo nie zastaje jej nawet jeszcze — stwarza ją przy sposobności.

23. Buddyzm, by rzec raz jeszcze, jest stokroć chłodniejszy, prawdziwszy, bardziej przedmiotowy. Nie potrzebuje on już uprzystajniać sobie swego bólu, swej zdolności cierpienia przez interpretację grzechu — mówi jeno, co myśli, „cierpię". Natomiast dla barbarzyńcy cierpienie nie jest w sobie niczym przystojnym: potrzebuje on najpierw wyłożenia, by przyznać się przed sobą, ż e cierpi (instynkt jego zwraca go raczej do zaprzeczenia cierpienia, do cichego znoszenia). Słowo „diabeł" było tu dobrodziejstwem: miało się przepotężnego i straszliwego wroga — nie trzeba się było wstydzić, że się cierpi z powodu takiego wroga. -

Chrześcijaństwo ma na dnie kilka subtelności, które są własnością Wschodu. Przede wszystkim wie ono, że jest to zgoła w sobie obojętne, czy coś jest prawdziwe, lecz rzeczą najwyższej wagi, o ile się je za prawdziwe uważa. Prawda i w i a r a, że coś jest prawdziwe: dwa zgoła rozbieżne światy interesów, prawie światy przeciwstawne — dochodzi się do jednego i do drugiego zasadniczo różnymi drogami. Wiedzieć o tym — to czyni na Wschodzie niemal mędrca: tak to rozumieją bramini, tak to rozumie Plato, tak każdy uczeń ezoterycznej mądrości. Jeśli na przykład w wierze, że się jest wybawionym z grzechu, leży szczęście, to uprzednim warunkiem tego n i e jest, by człowiek był grzeszny, lecz by czuł się grzesznym. Jeśli jednak w ogóle wiary przede wszystkim potrzeba, to musi się zdyskredytować rozum, poznanie, badanie: droga do prawdy staje się drogą zakazaną. —

Silna nadzieja jest daleko większym stimulans życia niż jakiekolwiek poszczególne rzeczywiście spełniające się szczęście. Trzeba podtrzymywać cierpiących nadzieją, której żadna rzeczywistość sprzeciwić się nie może, której żadne nie usunie spełnienie: nadzieją zaświatową. (Właśnie z powodu tej zdolności bałamucenia nieszczęśliwego uchodziła nadzieja u Greków za zło najwyższe, za zło istotnie chytre: pozostało w beczce zła). —

By miłość możliwą była, musi Bóg być osobą; by najniższe instynkty także przemawiać mogły, musi Bóg być młody. Dla żarliwości kobiet trzeba na pierwszy plan wysunąć pięknego świętego, dla żarliwości mężczyzn Marię. To pod warunkiem, jeśli chrześcijaństwo chce się stać panem na gruncie, gdzie kulty Afrodyty lub Adonisa ustaliły już pojęcie kultu. Wymaganie czystości wzmacnia gwałtowność i wnętrzność religijnego instynktu — czyni kult cieplejszym, bardziej marzycielskim i pełniejszym duszy. — Miłość jest stanem, w którym człowiek widzi rzeczy przeważnie tak, jak n i e są.

Moc iluzoryczna stoi tu na swej wyżynie, tak samo moc osładzająca, przejaśniająca. W miłości znosi się więcej niż kiedy indziej, ścierpi się wszystko. Trzeba było wynaleźć religię, w której kochać można: przez to wydobyto się ponad to, co najgorsze w życiu — nie widzi się go już zgoła.

Tyle o trzech cnotach chrześcijańskich, wierze, miłości, nadziei; zwę je trzema roztropnościami chrześcijańskimi. — Buddyzm był za późny, za pozytywistyczny na to, by jeszcze w ten sposób być roztropnym. -

24. Dotykam tu tylko problematu powstania chrześcijaństwa. Pierwsze twierdzenie do jego rozwiązania brzmi: chrześcijaństwo rozumieć można jedynie na gruncie, z którego wyrosło - n i e jest ono ruchem przeciwko instynktowi żydowskiemu, jest ono samą jego konsekwencją, dalszym wnioskiem jego przejmującej strachem logiki. W formule Zbawiciela: „zbawienie od Żydów pochodzi". — Drugie twierdzenie brzmi: psychologiczny typ Galilejczyka da się jeszcze rozpoznać, lecz dopiero w najzupełniejszym swym zwyrodnieniu (które jest zarazem okaleczeniem i przeładowaniem obcymi rysami) mógł służyć na to, na co użyty został, za typ Zbawiciela ludzkości.

Żydzi są najprzedziwniejszym ludem w dziejach świata, ponieważ stanąwszy wobec zagadnienia istnienia i nieistnienia, z zupełną i niesamowitą świadomością wybrali istnienie za wszelką cenę: tą ceną było radykalne sfałszowanie wszelkiej natury, wszelkiej naturalności, wszelkiej realności, tak samo całego świata wewnętrznego, jak zewnętrznego. Odgraniczyli się o d wszystkich warunków, pod którymi dotąd mógł żyć lud jakiś, pod którymi mu żyć było wolno; stworzyli z siebie pojęcie przeciwstawne naturalnym warunkom - przenicowali kolejno religię, kult, moralność, historię w sposób nieuleczalny na sprzeczność z ich naturalnymi wartościami. Z tym samym zjawiskiem spotykamy się raz jeszcze i to w niewymownie zwiększonych proporcjach, mimo to jako z kopią: Kościołowi chrześcijańskiemu brak, w porównaniu z „ludem świętych", wszelkiej pretensji do oryginalności. Żydzi są, właśnie przez to, najfatalniejszym ludem w dziejach świata: w późniejszym swym oddziaływaniu uczynili ludzkość do tego stopnia fałszywą, że dziś jeszcze chrześcijanin czuć może w sposób antyżydowski, nie rozumiejąc, że jest ostatnią konsekwencją żydowską.

W swej Genealogii moralności przedstawiłem po raz pierwszy psychologicznie przeciwstawne pojęcia moralności dostojnej i moralności z ressentiment, ostatnią jako tę, która wytrysła z „N i e" przeciw pierwszej: lecz to jest na wskroś moralność żydowsko-chrześcijańska. By móc „Nie" mówić wszystkiemu, co przedstawia na ziemi wstępny ruch życia, udaność, moc, piękno, potwierdzenie siebie, musiał tu do geniuszu podniesiony instynkt ressentiment wynaleźć sobie świat inny, z którego owo potwierdzenie życia wydało się złym, pogardy godnym w sobie. Ze stanowiska psychologicznego, był lud żydowski ludem najtęższej siły żywotnej, który postawiony wśród najniemożliwszych warunków, dobrowolnie, z najgłębszej mądrości utrzymania się, bierze stronę wszystkich instynktów decadence — nie jako przez nie opanowany, lecz ponieważ odgadł w nich moc, którą przeprzeć siebie można wbrew „światu". Żydzi są przeciwieństwem wszelkiej decadence: musieli ją przedstawiać aż do złudzenia, umieli dzięki geniuszowi non plus ultra aktorskiemu stanąć na czele wszelkich ruchów decadence (jako chrześcijaństwo Pawła), by z nich coś stworzyć, co silniejsze niż wszelka potwierdzająca życie partia. Decadence jest dla rodzaju ludzi, którzy w żydostwie i chrześcijaństwie doszli do mocy, dla rodzaju kapłańskiego, tylko środkiem: ten rodzaj ludzi ma interes życiowy w tym by ludzkość chorą uczynić i pojęcia „dobry" i „zły", „prawdziwy" i „fałszywy" przenicować na niebezpieczne dla życia i świat oczerniające znaczenie. -

25. Historia Izraela jest nieoceniona, jako typowa historia wszelkiego wynaturzenia wartości naturalnych: wskazuję pięć takich faktów. Pierwotnie, przede wszystkim w czasach królestwa, znajdował się Izrael do wszystkich rzeczy w słusznym, to znaczy naturalnym stosunku. Jego Jehowa był wyrazem świadomości mocy, radości z siebie, nadziei pokładanej w sobie: oczekiwano w nim zwycięstwa i ocalenia, ufano przez niego naturze, że da, czego ludowi trzeba — przede wszystkim deszczu. Jehowa jest Bogiem Izraela, a przeto Bogiem sprawiedliwości: logika każdego ludu, który ma moc i czyste pod tym względem sumienie. W uroczystym kulcie wyrażają się obie te strony samopotwierdzenia jakiegoś ludu: jest on wdzięczny za wielkie losy, które go wyniosły, jest wdzięczny za zmiany pór roku i wszelkie szczęście w chowie bydła i uprawie roli. — Ten stan rzeczy pozostawał długo jeszcze ideałem, nawet gdy w sposób smutny ustał: anarchia wewnątrz, Asyryjczycy od zewnątrz. Lecz lud zachował jako najwyższe pożądanie ową wizję króla, który jest dobrym żołnierzem i surowym sędzią: przede wszystkim ów typowy prorok (to znaczy krytyk i satyryk chwili) Izajasz. — Lecz żadna nadzieja nie spełniała się. Stary Bóg nie umiał już nic z tego, co umiał niegdyś. Trzeba go było puścić kantem. Co się stało? Zmieniono jego pojęcie — wynaturzono jego pojęcie: za tę cenę zachowano go. — Jehowa, Bóg „sprawiedliwości" — już nie jedność z Izraelem, wyraz samopoczucia ludu: jeszcze tylko Bóg pod warunkami... Pojęcie jego staje się narzędziem w rękach agitatorów kapłańskich, którzy wszelkie szczęście tłumaczą teraz jako nagrodę, wszelkie nieszczęście jako karę za nieposłuszeństwo względem Boga, za „grzech": ów najkłamliwszy sposób tłumaczenia rzekomo „moralnego porządku świata", przewracający raz na zawsze naturalne pojęcie „przyczyny" i „skutku" do góry nogami. Dopiero gdy nagrodą i karą uprzątnęło się ze świata naturalną przyczynowość, potrzeba przyczynowości przeciwnaturalnej: cała reszta nienaturalności występuje teraz. Bóg, który wymaga — zamiast Boga, który pomaga, który użycza rady, który w gruncie rzeczy jest wyrazem na wszelką szczęśliwą inspirację odwagi i ufności w sobie... Moralność już nie wyrazem warunków życia i wzrostu ludu, już nie najgłębszym instynktem życia, lecz abstrakcją, przeciwstawieniem życia — moralność jako zasadnicze pogorszenie wyobraźni, jako „złe spojrzenie" dla wszystkich rzeczy. Czym jest żydowska, czym chrześcijańska moralność? Przypadkiem, pozbawionym swej niewinności; nieszczęściem, zbrudzonym przez pojęcie „grzechu", dobrobytem, pojętym jako niebezpieczeństwo, jako „pokusa"; fizjologicznym niedomaganiem, zatrutym przez robaka sumienia...

26. Pojęcie Boga sfałszowano; pojęcie moralności sfałszowano: kapłaństwo żydowskie nie poprzestało na tym. Cała historia Izraela była niepotrzebna: precz z nią! — Kapłani ci dokonali tego cudu fałszu, którego dokumentem jest nam większa część Biblii: z bezprzykładnym urąganiem wszelkiej tradycji, wszelkiej rzeczywistości historycznej, własną przeszłość ludową przetłumaczyli na religijność, to znaczy zrobili z niej głupi mechanizm zbawczy winy względem Jehowy i kary, bogobojności względem Jehowy i nagrody. Odczuwalibyśmy o wiele boleśniej ten najhaniebniejszy akt fałszerstwa historycznego, gdyby kościelne tłumaczenie historii od tysiącleci nie było nas prawie stępiło na wymagania uczciwości in historicis. A Kościołowi wtórowali filozofowie: kłamstwo „moralnego porządku świata" ciągnie się przez cały rozwój nawet nowszej filozofii. Co znaczy „moralny porządek świata"? Że istnieje, raz na zawsze, wola Boża, co człowiek ma czynić, a czego zaniechać; że wartość jakiegoś ludu, jednostki mierzy się tym, czy się bardzo, czy mało jest woli Bożej posłusznym; że w losach jakiegoś narodu, jednostki, wola Boża przejawia się w ł a d c z o, to znaczy karząco lub nagradzająco, zależnie od stopnia posłuszeństwa. Rzeczywistość miast tego pożałowania godnego kłamstwa brzmi: pasożytniczy rodzaj człowieka, który udaje się tylko kosztem wszystkich zdrowych tworów życia, kapłan, nadużywa imienia Boga: zwie on stan rzeczy, w którym kapłan wartość rzeczy ustanawia, „Królestwem Bożym"; środki, których mocą osiąga lub podtrzymuje się taki stan, zwie „wolą Bożą"; z zimnokrwistym cynizmem mierzy ludy, czasy, jednostki wedle tego, czy były przemocy kapłańskiej pożyteczne, czy też się jej opierały. Trzeba ich widzieć przy robocie: pod rękami kapłanów żydowskich stał się czas wielkości w historii Izraela czasem upadku; wygnanie, długotrwałe nieszczęście zmieniło się w karę wieczną za czas wielkości — czas, w którym kapłan był jeszcze niczym. Z potężnych, bardzo swobodnie udanych postaci Izraela, czynili, wedle potrzeby, mizernych świętoszków i milczków lub „bezbożnych", upraszczali psychologię każdego wielkiego zdarzenia do idiotycznej formuły „posłuszeństwa l u b nieposłuszeństwa Bogu". — Krok dalej: „wola Boża", to znaczy warunki ostania się mocy kapłanów, musi być znana — do tego celu trzeba „objawienia". Po naszemu: konieczne jest wielkie fałszerstwo literackie, odkrywa się „Pismo święte" - objawia się je wśród całego hieratycznego przepychu, z dniami pokutnymi i wrzaskiem jęku z powodu długotrwałego „grzechu". „Wola Boża" była z dawna ustanowiona: całe nieszczęście leży w tym, że odwrócono się od „Pisma świętego"... Już Mojżeszowi objawiona była „wola Boża"... Co się stało? Kapłan sformułował surowo, pedantycznie, aż do wielkich i małych podatków, które mu płacić się miało (nie zapominając o najsmaczniejszych kęsach mięsa: bo kapłan żre beefsteak'i), sformułował raz na zawsze, c o chce mi e ć, „co jest wolą Bożą"... Odtąd wszystkie sprawy życia są tak urządzone, że kapłan jest wszędzie niezbędny; we wszystkich naturalnych zdarzeniach życiowych, przy urodzeniu, małżeństwie, chorobie, śmierci, nie mówiąc już o ofierze („wieczerzy"), zjawia się święty pasożyt, by je wynaturzyć: w języku jego „uświęcić"... Bo to zrozumieć trzeba: każdy naturalny obyczaj, każdą naturalną instytucję (państwo, postępowanie sądowe, małżeństwo, troskę o chorych i ubogich) wszystkie przez instynkt życia natchnione żądania, słowem wszystko, co ma w sobie swą wartość, pasożytnictwo kapłanów czyni zasadniczo bezwartościowym, wartości przeciwnym; wymaga ono dodatkowej sankcji — potrzebuje nadającej wartość mocy, która w nim natury zaprzecza i przez to właśnie dopiero wartość stwarza... Kapłan odziera z wartości, z świętości naturę: za tę cenę istnieje w ogóle. — Nieposłuszeństwo względem Boga, to znaczy względem kapłana, względem „prawa", otrzymuje teraz miano „grzechu"; środki do „pojednania się znowu z Bogiem", to -jak słuszna — te, które uległość mocy kapłanów jeszcze gruntowniej tylko zabezpieczają: tylko kapłan „wyzwala"... Ze stanowiska psychologicznego, stają się „grzechy" w każdej, po kapłańsku zorganizowanej społeczności, niezbędne; są one właściwą poręką mocy, kapłan ż y j e z grzechów, potrzebuje jeszcze, by „grzeszono"... Najwyższa zasada: „Bóg przebacza temu, kto czyni pokutę" — po naszemu: kto się podda kapłanowi. -

27. Na fałszywym w ten sposób gruncie, gdzie wszelka natura, wszelka wartość naturalna, wszelka rzeczywistość miała przeciwko sobie najgłębsze instynkty panującej klasy, wyrosło chrześcijaństwo, forma śmiertelnej nieprzyjaźni względem rzeczywistości, forma dotąd nieprzewyższona. „Lud święty", który dla wszystkich rzeczy zachował tylko kapłańskie wartości, tylko słowa kapłańskie i z przejmującą lękiem konsekwencją wszystko, co jeszcze z mocy na ziemi istniało, oddzielił od siebie, jako „nieświęte", jako „świat", jako „grzech" — ten lud wytworzył dla swego instynktu ostatnią formułę, logiczną aż do zaprzeczenia siebie: jako chrześcijaństwo, zaprzeczył jeszcze ostatniej formie rzeczywistości, „ludu świętego", „ludu wybranego", żydowskiej rzeczywistości samej. Wypadek jest największego znaczenia: drobny, buntowniczy ruch, ochrzczony od imienia Jezusa z Nazaretu, jest instynktem żydowskim raz jeszcze — inaczej mówiąc, instynktem kapłańskim, który nie znosi już kapłana jako rzeczywistości, wynalazkiem jeszcze bardziej oderwanej formy istnienia, jeszcze mniej realnej wizji świata, niż tego organizacja Kościoła wymaga. Chrześcijaństwo zaprzecza Kościołowi...

Nie widzę, przeciw czemu zwrócony był bunt, za którego sprawcę Jezus uchodził w rozumieniu lub nieporozumieniu ludzkim, jeśli to nie był bunt przeciw Kościołowi żydowskiemu, Kościołowi w tym samym zgoła znaczeniu, w jakim go dziś używamy. Był to bunt przeciw „dobrym i sprawiedliwym", przeciw „świętym Izraela", przeciw hierarchii społecznej - n i e przeciw jej zepsuciu, lecz przeciw kaście, przywilejowi, porządkowi, formule; była to niewiara w „ludzi wyższych", „N i e" — powiedziane wszystkiemu, co było kapłanem i teologiem. Przecież hierarchia, która przez to, choć tylko na chwilę, podana została w wątpliwość, była budową palową, na której lud żydowski, pośród „wody", w ogóle jeszcze istniał, z trudem zdobytą ostatnią możliwością ostania się, residuum jego politycznej odrębności: atak na nią był atakiem na najgłębszy instynkt ludowy, na najwytrwalszą ludową wolę życia, jaka kiedykolwiek istniała na ziemi. Ten święty anarchista, który wzywał motłoch, odepchniętych i „grzeszników", wszystkich c z a n d a l a w obrębie żydowszczyzny, do oporu przeciw panującemu porządkowi -językiem, który i dziś jeszcze, jeśli można ufać Ewangeliom, wiódłby na Sybir — był politycznym zbrodniarzem, o ile właśnie polityczni zbrodniarze w niedorzecznie niepolitycznej społeczności byli możliwi. To go doprowadziło do krzyża: dowodem tego jest napis na krzyżu. Umarł za s w o j ą winę — brak wszelkiej do tego podstawy, pomimo że często tak właśnie twierdzono, że umarł za winę innych. -

28. Zgoła inne jest pytanie, czy miał on w ogóle świadomość takiego przeciwstawienia — czy się go tylko nie odczuwało jako to przeciwstawienie. I tu dopiero dotykam problematu psychologii Zbawiciela. - Wyznaję, że mało książek z takimi czytam trudnościami, jak Ewangelie. Inne to trudności niż owe, z których wykazania uczona ciekawość niemieckiego ducha święciła jeden z swych najbardziej niezapomnianych tryumfów. Minął czas, gdym i ja, podobnie jak każdy młody uczony, rozkoszował się z roztropną powolnością wyrafinowanego filologa, dziełem nieporównanego Straussa. Miałem wówczas lat dwadzieścia: teraz za poważny jestem na to. Co mnie obchodzą sprzeczności „tradycji"? Jak można w ogóle nazywać „tradycją" legendy o świętych! Historie o świętych są najdwuznaczniejszą literaturą, jaka w ogóle istnieje: stosować do nich metodę naukową, jeśli żadnych poza tym nie ma dokumentów, zdaje mi się rzeczą z góry przesądzoną — tylko uczonym próżnowaniem...

29. Co mnie obchodzi, to psychologiczny typ Zbawiciela. Ten zaś mógłby być zachowany w Ewangeliach mimo Ewangelii, choćby nie wiedzieć jak nawet okaleczony i obładowany obcymi rysami: jak Franciszek z Asyżu zachowany jest w legendach o sobie, mimo legendy o sobie. N i e prawda o tym, co uczynił, co powiedział, jak właściwie umarł: lecz pytanie, czy typ jego w ogóle jeszcze da się wyobrazić, czy jest „przekazany"? Znane mi usiłowania wyczytania z Ewangelii nawet dziejów „duszy", zdają mi się dowodami godnej odrazy lekkomyślności psychologicznej. Pan Renan, ten błazen in psychologicis, dorzucił do tego dwa najniesłychańsze pojęcia dla swego wyjaśnienia typu Jezusa, jakie w tym względzie istnieć mogą: pojęcie geniusza i pojęcie bohatera (heros). Lecz jeśli co jest nie-ewangelicznego, to pojęcie bohatera. Właśnie przeciwieństwo wszelkich zapasów, wszelkiego poczucia się w walce stało się tu instynktem: niezdolność oporu staje się tu morałem („nie sprzeciwiaj się złu" — najgłębsze słowo Ewangelii, ich klucz w pewnym znaczeniu), błogość w pokoju, w łagodności, w niemożności, by być wrogiem. Co znaczy „nowina radosna"? Życie prawdziwe, życie wieczne jest znalezione — nie obiecuje się go, ono jest tu, jest w w a s: jako życie w miłości, jako miłość bez odjęcia i wyłączenia, bez odległości. Każdy jest dziecięciem Boga — Jezus do niczego nie rości sobie wyłącznego prawa — jako dzieci Boga wszyscy są sobie równi... Jezusa bohaterem czynić! - I jakimż nieporozumieniem aż słowo „geniusz"! Całe nasze pojęcie, nasze kulturalne pojęcie „ducha" nie ma w świecie, w którym żyje Jezus, żadnego zgoła sensu. Mówiąc z surowością fizjologa, inne wcale słowo byłoby tu raczej jeszcze na miejscu... Znamy stan chorobliwej pobudliwości zmysłu dotyku, który wzdraga się przed każdym dotknięciem, każdym ujęciem stałego przedmiotu. Przełóżmy sobie taki fizjologiczny habitus na jego ostateczną logikę — jako instynktowną nienawiść do każdej rzeczywistości, jako ucieczkę w „nieuchwytność", w „niepojętość", jako odrazę do wszelkiej formuły, wszelkiego pojęcia czasu i przestrzeni, do wszystkiego, co jest silne, obyczajem, instytucją, Kościołem, jako czucie się u siebie w świecie, którego nie tyka już żaden rodzaj rzeczywistości, w świecie jeszcze tylko „wewnętrznym", w świecie „prawdziwym", w świecie „wiecznym"... „Królestwo Boże jest w was"...

30. Instynktowna nienawiść do rzeczywistości: skutek skrajnej zdolności cierpienia i pobudliwości, która w ogóle już nie chce być „dotknięta", bo każde dotknięcie zbyt głęboko odczuwa.

Instynktowne wykluczenie wszelkiej odrazy, wszelkiej wrogości, wszelkich granic i odległości w uczuciu: skutek skrajnej zdolności cierpienia i pobudliwości, która każdy opór, każdy mus oporu odczuwa już jako nieznośną nieprzyjemność (to znaczy jako szkodliwą, jako coś, czego instynkt samozachowawczy odradza), a błogość (przyjemność) w tym tylko widzi, by nie opierać się już, nikomu już, ani nie dobremu, ni złemu — miłość jako jedyna, jako ostatnia możliwość życia...

Są to dwie fizjologiczne rzeczywistości, na których, z których wyrosła nauka o zbawieniu. Nazywam ją wzniosłym dalszym rozwojem hedonizmu na chorobliwym na wskroś podkładzie. Najbardziej pokrewny jej, chociaż z wielkim przydatkiem greckiej żywotności i siły nerwowej, jest epikureizm, pogańska nauka o zbawieniu. Epikur typowy decadent: przeze mnie pierwszego jako taki poznany. — Obawa bólu, nawet niezmiernie drobnego bólu - nie może zgoła skończyć się czym innym jak religią miłości...

31. Naprzód już dałem odpowiedź swą na problemat. Założeniem jej jest, że typ Zbawiciela dochował się nam tylko w silnym zniekształceniu. Zniekształcenie to ma w sobie wiele prawdopodobieństwa: typ taki nie mógł z wielu powodów pozostać czysty, zupełny, bez dodatków. Nawet milieu, w którym ta obca poruszała się postać, musiało pozostawić na nim ślady, więcej jeszcze historia, l o s pierwszej gminy chrześcijańskiej; on, oddziaływując wstecz, wzbogacił typ rysami, które jeno ze stanowiska wojny i celów propagandy zrozumiałymi się stają. Ów dziwny i chory świat, w który wprowadzają nas Ewangelie — świat, jakby z powieści rosyjskiej, w którym wyrzutki społeczeństwa, cierpienie nerwowe i „dziecięcy" idiotyzm, zda się, schadzkę sobie naznaczyły — musiał w każdym razie pogrubić typ: zwłaszcza pierwsi uczniowie przetłumaczyli istnienie, pływające całe w symbolach i nieuchwytnościach, najpierw na własną surowiznę, by w ogóle coś z tego zrozumieć — dla nich zaistniał typ dopiero po nadaniu mu jednokształtu z formami bardziej znanymi... Prorok, mesjasz, przyszły sędzia, nauczyciel moralności, cudotwórca, Jan Chrzciciel — tyleż sposobności zaniepoznania typu... Nie lekceważmy wreszcie proprium wszelkiej wielkiej, mianowicie sekciarskiej czci: zaciera ona oryginalne, często dręczące obce rysy i idiosynkrazje w istocie czczonej — nie widzi ich nawet. Można by żałować, że jakiś Dostojewski nie żył w pobliżu tego najbardziej zajmującego decadent, mam na myśli kogoś, który by umiał właśnie odczuwać przejmujący czar takiej mieszaniny wzniosłości, chorobliwości i dziecięctwa. Ostatni punkt widzenia: typ mógłby, jako typ decadence, posiadać rzeczywiście osobliwą rozmaitość i sprzeczność: taka możliwość nie jest zupełnie wykluczona. Mimo to, wszystko przeciw niej przemawia: właśnie tradycja musiałaby w tym wypadku być przedziwnie wierna i przedmiotowa: czego przeciwieństwo przypuszczać mamy powody. Tymczasem przepaść sprzeczności leży między kaznodzieją na górze, na jeziorze i na łące, którego zjawisko, niby jakiegoś Buddy na bardzo mało indyjskim gruncie, jest pełne wdzięku, a owym napastliwym fanatykiem, śmiertelnym wrogiem teologów i kapłanów, którego złośliwość Renana uświetniła, jako legrandmaitre en ironie... Ja sam nie wątpię, że obfita miara żółci (a nawet esprit) przelała się na typ mistrza dopiero ze wzburzonego stanu chrześcijańskiej propagandy: zna się przecież dostatecznie brak skrupułów wszystkich sekciarzy w przyrządzaniu sobie z mistrza swego swojej a p o l o g i i. Gdy pierwsza gmina zapotrzebowała sądzącego, swarzącego się, gniewnego, złośliwie przebiegłego teologa, przeciw teologom, stworzyła sobie swego „Boga" wedle swej potrzeby: tak jak bez wahania kładła mu także w usta owe zgoła nieewangeliczne pojęcia, które były jej teraz niezbędne, „powrót", „Sąd Ostateczny", wszelkiego rodzaju czasowe oczekiwanie i przyobiecanie. -

32. Opieram się, by rzec raz jeszcze, temu, by wprowadzano fanatyka do typu Zbawiciela: słowo imperieux, którego Renan używa, już samo znosi typ. „Dobrą nowiną" jest właśnie, że nie ma już żadnych przeciwieństw; Królestwo Niebieskie należy do dzieci; wiara, którą się tu głosi, nie jest wywalczoną wiarą — istnieje ona, jest od początku, jest niejako dziecięctwem, które cofnęło się w sferę duchową. Wypadek przedłużonego i nierozwiniętego w organizmie chłopięctwa, jako skutek zwyrodnienia, znany jest przynajmniej fizjologom. — Wiara taka nie gniewa się, nie gani, nie broni się: nie przynosi „miecza" — nie przeczuwa zgoła, o ile by mogła kiedyś dzielić. Nie dowodzi siebie ani cudem, ani nagrodą, ni przyobiecaniem, ani nawet Pismem: ona sama jest każdej chwili swym cudem, swą nagrodą, swym dowodem, swym „Królestwem Bożym". Nie formułuje się także ta wiara — ona ż y j e, broni się przeciw formułom. Oczywiście, że przypadek otoczenia, języka, poprzedniego rozwoju wyznacza pewien zakres potrzeb: pierwsze chrześcijaństwo posiada tylko żydowsko-semickie pojęcia (zalicza się tutaj jedzenie i picie przy komunii, owo, jak wszystko, co żydowskie, tak bardzo nadużyte przez Kościół pojęcie). Lecz należy się strzec widzieć w tym więcej niż mowę znaków, semiotykę, sposobność do przenośni. Właśnie to, że żadnego słowa nie bierze się dosłownie, jest dla tego antyrealisty uprzednim warunkiem, by w ogóle mógł mówić. Wśród Indów byłby się posługiwał pojęciami z Sankhyam, wśród Chińczyków z Lao-tse — i nie byłby żadnej czuł przy tym różnicy. — Można by, z pewną tolerancją w wyrazie, nazwać Jezusa „wolnym duchem" — nic sobie nie robi z niczego, co mocne: słowo zabija, wszystko co mocne, zabija. Pojęcie, doświadczenie „życia", jak on je sam zna, sprzeciwia się w nim każdego rodzaju słowu, formule, prawu, wierze, dogmatowi. Mówi on tylko o najwewnętrzniejszym: „życie" lub „prawda", lub „światło" jest jego słowem na to, co najwewnętrzniejsze — wszystko pozostałe, cała rzeczywistość, cała przyroda, nawet mowa, ma dlań tylko wartość znaku, przenośni. Nie należy tutaj się mylić, choć wielka pokusa leży w chrześcijańskim, chcę rzec w kościelnym przesądzie: taka symbolika par excellence stoi poza obrębem wszelkiej religii, wszelkich pojęć kultu, wszelkiej historii, wszelkich nauk przyrodniczych, wszelkich doświadczeń świata, wszelkiego poznania, wszelkiej polityki, wszelkiej psychologii, wszelkich książek, wszelkiej sztuki — jego „wiedza" jest właśnie czystą głupotą na punkcie, ż e istnieje coś podobnego. Kultura nie jest mu znana nawet ze słyszenia, nie potrzeba mu walki przeciw niej — on jej nie zaprzecza... To samo stosuje się do p a ń s t w a, do całego obywatelskiego porządku i społeczności, do p r a c y, do wojny — nie miał on nigdy powodu zaprzeczać „świata", nie przeczuwał nigdy kościelnego pojęcia „świat"...

Zaprzeczanie jest dlań właśnie zgoła niemożliwością. — Tak samo brak dialektyki, brak wyobrażenia, że wiarę, „prawdę" można udowadniać argumentami (jego dowodami są wewnętrzne „światła", wewnętrzne uczucia przyjemne i potwierdzenia siebie, same „dowody siły"). Taka nauka nie może też przeczyć, nie pojmuje ona nawet, że inne nauki istnieją, istnieć mogą, nie umie może wcale wyobrazić sobie przeciwnego sądzenia... Odzieje napotka, będzie z najgłębszego współczucia smucić się „ślepotą" — bo ona widzi „światło" — lecz nie zrobi zarzutu...

33. W całej psychologii Ewangelii brak pojęcia winy i kary; tak samo pojęcia nagrody. „Grzech", każdy Stosunek odległości między człowiekiem i Bogiem jest usunięty — to jest właśnie „nowina radosna". Nie obiecuje się szczęśliwości, nie przywiązuje się jej do warunków: jest ona jedyną rzeczywistością — reszta jest znakiem do mówienia o niej...

Skutek takiego stanu przerzuca się w nową praktykę, w właściwie ewangeliczną praktykę. Nie „wiara" odróżnia chrześcijanina: chrześcijanin działa, odróżnia się innym działaniem. Że temu, który jest dlań zły, nie stawia oporu ani słowem, ani w sercu. Że nie czyni różnicy między obcym a tubylcem, miedzy Żydem a nie-Żydem („bliźni", właściwie współwyznawca, Żyd). Że na nikogo się nie gniewa, nikogo nie waży lekce. Że ani się w sądach nie pokazuje, ani się nie daje w nie wciągać („nie przysięgać"). Że w żadnym wypadku, nawet w razie dowiedzionej niewierności swej żony, nie rozwodzi się z żoną. — Wszystko w gruncie rzeczy jedna zasada, wszystko skutki jednego instynktu.

Życie Zbawiciela nie było odmienne od tej praktyki — śmierć jego też odmienna nie była... Nie potrzebował on już żadnych formuł, żadnego obrządku dla obcowania z Bogiem — ani nawet modlitwy. Zerwał z całą żydowską nauką pokuty i pojednania; wie on, że jedynie w praktyce życiowej czuje, się człowiek „boskim", „szczęśliwym", „ewangelicznym", każdego czasu „dzieckiem Boga". N i e „pokuta", n i e „modlitwa o przebaczenie" jest drogą do Boga: jedynie praktyka ewangeliczna wiedzie do Boga, ona właśnie jest „Bogiem". — Co z Ewangelią odrzucone zostało, to żydostwo pojęć „grzechu", „przebaczenia grzechu", „wiary", „zbawienia przez wiarę" - cała żydowska nauka kościelna zaprzeczona została w „nowinie radosnej".

Głęboki instynkt w tym, jak się żyć musi, by się czuć „w niebie", by się czuć „wiecznym", podczas gdy przy każdym innym prowadzeniu życia czuje się człowiek wcale n i e w niebie: to jedynie jest psychologiczną rzeczywistością „zbawienia". — Nowy sposób postępowania, n i e nowa wiara...

34. Jeśli cokolwiek rozumiem z tego wielkiego symbolisty, to to, że tylko wewnętrzną rzeczywistość brał za rzeczywistość, za „prawdę" — że resztę, wszystko, co naturalne, czasowe, przestrzenne, historyczne, rozumiał tylko jako znak, jako sposobność do przenośni. Pojęcie „syn człowieczy" nie jest osobą konkretną, należącą do historii, czymś szczególnym, jednorazowym, lecz „wieczną" faktycznością, symbolem psychologicznym, wyzwolonym z pojęcia czasu. To samo stosuje się raz jeszcze, i w najwyższym znaczeniu, do Boga, tego typowego symbolisty, do „Królestwa Bożego", do „Królestwa Niebieskiego", do „synostwa boskiego". Nie ma nic bardziej niechrześcijańskiego od kościelnych surowizn o Bogu jako o osobie, o „Królestwie Bożym", które przyjdzie; o „Królestwie Niebieskim" z a ś w i a t e m, o „Synu Bożym", drugiej osobie Trójcy. Wszystko to przystaje — wybaczcie mi to wyrażenie — jak pięść do nosa. Och, do jakiego nosa — Ewangelii! Jest to wszechhistoryczny cynizm w wyszydzeniu symbolu... Lecz to jasne przecie jak na dłoni, czego dotyczą znaki „Ojciec" i „Syn" — nie na każdej dłoni, przypuszczam: słowo „Syn" wyraża wejście w uczucie wszechprzejaśnienia wszystkich rzeczy (błogość), słowo „Ojciec" to uczucie samo, uczucie wieczności i spełnienia. — Wstyd mi przypominać, co Kościół uczynił z tego symbolizmu: czyż nie umieścił na progu „wiary" chrześcijańskiej historii Amfitriona? A nadto jeszcze dogmatu o „niepokalanym poczęciu"? Ale przez to pokalał poczęcie -

„Królestwo Niebieskie" jest stanem serca — nie czymś, co przyjdzie „ponad ziemią" lub „po śmierci". Całego pojęcia śmierci naturalnej brak w Ewangelii: śmierć nie jest mostem, przejściem, brakuje jej, ponieważ przynależy do zgoła innego, tylko pozornego świata, zdatnego tylko na znaki.

„Godzina śmierci" n i e jest pojęciem chrześcijańskim - „godzina", czas, życie fizyczne i jego przesilenia nie istnieją dla nauczyciela „radosnej nowiny"... "Królestwo Boże" nie jest czymś, czego się oczekuje; nie ma ono żadnego wczoraj ni pojutrza, nie przyjdzie za „tysiąc lat" — jest ono doświadczeniem serca; istnieje wszędzie, nie istnieje nigdzie...

35. Ten „radosny zwiastun" umarł jak żył, jak uczył - nie aby „zbawić ludzi", lecz by pokazać, jak się żyć winno. Co pozostawił ludziom, to praktykę: swe zachowanie się wobec sędziów i siepaczy, wobec oskarżycieli i wszelkiego rodzaju oszczerstwa i szyderstwa - swoje zachowanie się na krzyżu. Nie opiera się, nie broni swego prawa, nie czyni ani kroku, by uniknąć ostateczności, więcej jeszcze, wyzywa ją... I prosi, cierpi, kocha wraz z tymi, w tych, którzy mu krzywdę czynią... Nie bronić się, n i e gniewać się, n i e czynić odpowiedzialnym... Lecz także nie opierać się złemu-kochać go...

36. Dopiero my, my duchy oswobodzone, mamy warunek po temu, by rozumieć coś, czego dziewiętnaście wieków nie rozumiało — ową w instynkt i namiętność przeistoczoną uczciwość, która „kłamstwo święte" jeszcze bardziej zwalcza niż wszelkie inne kłamstwo... Było się niewymownie oddalonym od naszej miłosnej i ostrożnej bezstronności, od owej karności ducha, która jedynie umożliwia zgadywanie tak obcych, tak delikatnych rzeczy: chciano każdego czasu, z bezwstydnym samolubstwem, tylko swojej w tym korzyści, z przeciwieństwa do Ewangelii zbudowano K o ś c i ó ł...

Kto szuka znaków tego, że poza wielką grą światów jakieś ironiczne bóstwo porusza palcami, ten znajdzie wsparcie niemałe w potwornym znaku pytania, który się zwie chrześcijaństwem. Że ludzkość leży na kolanach przed przeciwieństwem tego, co było źródłem, myślą, prawem Ewangelii, że w pojęciu „Kościół" uświęciła to właśnie, co „radosny zwiastun" odczuwał jako pod sobą, jako poza sobą — daremnie szukać większej formy wszechhistorycznej ironii -

37. Stulecie nasze jest dumne ze swego zmysłu historycznego: jak mogło uczynić sobie do wiary tę niedorzeczność, że na początku chrześcijaństwa stoi gruba bajka o cudotwórcy i Z b a w i c i e l u - a wszystko duchowe i symboliczne jest dopiero późniejszym rozwojem? Odwrotnie: dzieje chrześcijaństwa — a zwłaszcza od śmierci na krzyżu — są dziejami coraz grubszego stopniowo nierozumienia pierwotnego symbolizmu. Z każdym rozprzestrzenieniem chrześcijaństwa na coraz szersze, coraz surowsze masy, coraz dalsze od założeń, z których się ono urodziło, rosła potrzeba wulgaryzowania, barbaryzowania chrześcijaństwa -wchłonęło ono w siebie nauki i obrzędy wszystkich podziemnych kultów imperium Romanum, niedorzeczność wszystkich rodzajów chorego rozumu. Los chrześcijaństwa tkwi w konieczności, że wiara jego musiała sama stać się tak chora, niska i wulgarna, jak chore, niskie i wulgarne były potrzeby, które zadawalać miała. Jako Kościół skupia się wreszcie samo chore barbarzyństwo w potęgę —

Kościół, ta forma śmiertelnej wrogości względem wszelkiej uczciwości, wszelkiej wyżyny duszy, wszelkiej karności ducha, wszelkiej szczerej i dobrotliwej ludzkości. — Chrześcijańskie - dostojne wartości: dopiero my, my duchy oswobodzone przywróciliśmy do dawnego stanu to największe przeciwieństwo wartości, jakie istnieje! -

38. — Nie tłumię w tym miejscu westchnienia. Są dnie, kiedy nawiedza mnie uczucie, czarniejsze niż najczarniejsza melancholia - pogarda ludzi. I aby żadnej nie zostawić wątpliwości co do tego, czym pogardzam, k i m pogardzam: człowiekiem dzisiejszym, człowiekiem, któremu fatalnie jestem współczesny. Człowiek dzisiejszy — dusi mnie jego oddech nieczysty... Do przeszłości odnoszę się, podobnie wszystkim poznającym, z wielką tolerancją, to znaczy z wielkodusznym samoprzezwyciężeniem: kroczę poprzez światowy dom wariatów całych stuleci, czy się on zowie „chrześcijaństwem", „wiarą chrześcijańską", „Kościołem chrześcijańskim", z posępną ostrożnością — wystrzegam się czynić ludzkość odpowiedzialną za jej choroby umysłowe. Lecz uczucie me przemienia się, wybucha, skoro tylko wstępuję w czas nowszy, w n a s z czas. Nasz czas jest w i e d z ą c y... Co dawniej było tylko chore, stało się dziś nieprzyzwoite — nieprzyzwoitością jest być dziś chrześcijaninem. I tu zaczyna się mój wstręt. —

Oglądam się wstecz: ani słowa nie pozostało już po tym, co niegdyś „prawdą" się zwało, nie możemy już wytrzymać, gdy kapłan słowo „prawda" ma choćby tylko na ustach. Nawet przy najskromniejszej pretensji do uczciwości musi się dziś wiedzieć, że teolog, kapłan, papież każdym zdaniem, które wypowiada, nie tylko błądzi, lecz łże — że nie może już kłamać z „niewinności", z „nieświadomości". I kapłan wie, tak samo jak wie każdy, że nie ma już „Boga", „grzesznika", „Zbawiciela" — że „wolna wola", „moralny porządek świata" są ł g a r s t w e m: — powaga, głębokie samoprzezwyciężenie ducha nie p o z w a l a już dziś nikomu n i e wiedzieć o tym... Wszystkie pojęcia Kościoła poznano jako to, czym są, jako najgorszego rodzaju fałszerstwo monet, jakie istnieje, w celu o d a r c i a z wartości natury, wartości naturalnych; samego kapłana poznano, jako to, czym jest, jako najniebezpieczniejszy rodzaj pasożyta, jako właściwego jadowitego pająka życia... Wiemy, nasze sumienie wie dzisiaj — co w ogóle warte są, do czego służą owe niesamowite wynalazki kapłanów i Kościoła, którymi osiągnięto ów stan samopohańbienia ludzkości, mogący wzbudzić wstręt na jej widok — pojęcia „zaświat", „Sąd Ostateczny", „nieśmiertelność duszy", „dusza" sama; są to narzędzia tortur, są to systemy okrucieństwa, których mocą kapłan stał się panem, został panem... Każdy to wie: a mimo to wszystko zostaje po staremu. Gdzie podziało się ostatnie uczucie przyzwoitości, szacunku dla samego siebie, gdy nawet nasi mężowie stanu, bardzo zresztą bezprzesądny rodzaj człowieka i na wskroś antychryści czynu, zwą się dziś jeszcze chrześcijanami i chodzą do komunii?... Książę na czele swych pułków,wspaniały jako wyraz samolubstwa i pychy swego ludu — lecz wyznający się, bez żadnego wstydu, chrześcijaninem!... Kogóż jednak zaprzecza chrześcijaństwo? C o zwie „światem"? Że się jest żołnierzem, że się jest sędzią, że się jest patriotą; że się broni siebie; że się dba o cześć swoją; że się chce własnych korzyści; że się jest dumnym... Każda praktyka każdej chwili, każdy instynkt, każda stająca się czynem ocena wartości jest dziś przeciwchrześcijańska: jakim potworem fałszu musi być człowiek nowoczesny, że się mimo to nie wstydzi zwać jeszcze chrześcijaninem!---

39. — Wracam do rzeczy, opowiem istotną historię chrześcijaństwa. — Już słowo „chrześcijaństwo" jest nieporozumieniem — w gruncie istniał tylko jeden chrześcijanin i ten umarł na krzyżu. „Ewangelia" umarła na krzyżu. Co od tej chwili zwie się „Ewangelią", było już przeciwieństwem tego, co on przeżył: „złą nowiną", dysangelium. Jest to fałszywe aż do niedorzeczności, jeśli się znamię chrześcijanina widzi w „wierze", może w wierze w zbawienie przez Chrystusa: jedynie praktyka chrześcijańska, życie takie, jakie zmarły na krzyżu przeżywał, jest chrześcijańskie... Dziś jeszcze jest takie życie możliwe, dla p e w n y c h ludzi nawet konieczne: istotne, pierwotne chrześcijaństwo będzie po wszystkie czasy możliwe... N i e wiara, lecz czynienie, przede wszystkim n i e czynienie wielu rzeczy, inne bycie... Stany świadomości, jakaś wiara, jakieś uważanie czegoś za prawdę na przykład — wie to każdy psycholog — są przecie zgoła obojętne i na piątym miejscu wobec wartości instynktów: ściślej mówiąc, całe pojęcie duchowej przyczynowości jest fałszywe. To, że się jest chrześcijaninem, chrześcijańskość sprowadzać do uważania czegoś za prawdę, do czystej zjawiskowości uświadomienia, znaczy zaprzeczać chrześcijańskości. W istocie nie było żadnego c h r z e ś c i j a n i n a. „Chrześcijanin", to co od dwóch tysiącleci zwie się „chrześcijaninem", jest tylko psychologicznym względem siebie nieporozumieniem. Gdy przyjrzymy się dokładniej, to władną w nim, m i m o wszelkiej „wiary", tylko instynkty — i co za i n s t y n k t y! — Wiara była wszech czasów, na przykład u Lutra, tylko płaszczem, pretekstem, z a s ł o n ą, poza którą instynkty wiodły swą grę — roztropną ś l e p o t ą na panowanie pewnych instynktów... „Wiara" — nazwałem ją już właściwą roztropnością chrześcijańską- m ó w i o n o zawsze o „wierze", czyniono zawsze tylko z instynktu... W świecie wyobrażeń chrześcijanina nie zdarza się nic, co by choć tylko dotykało rzeczywistości: natomiast poznaliśmy w instynktownej nienawiści, zwróconej przeciw wszelkiej rzeczywistości, pędzący, jedynie pierwiastek pędzący w korzeniu chrześcijaństwa. Co stąd wynika? Że także tu in psychologicis błąd jest radykalny, to jest określa istotę, jest substancją. Odjąć tu jedno pojęcie, dodać zamiast niego jedną rzeczywistość — a całe chrześcijaństwo stoczy się w nicość! — Widziany z wyżyny, pozostaje ten najdziwniejszy z wszystkich faktów, ta nie tylko przez błędy uwarunkowana, lecz także tylko w szkodliwych, tylko w zatruwających życie i Serce błędach wynalazcza i nawet genialna religia, widowiskiem dla bogów — dla owych bóstw, które zarazem są filozofami, i z którymi spotkałem się na przykład w owych sławnych rozmowach na Naxos. W chwili, gdy opuszcza je w s t r ę t (i nas!), stają się wdzięczne za widowisko z chrześcijanina: nędzna, mała gwiazda, która się ziemią zowie, zasługuje może jedynie gwoli t e m u ciekawemu wypadkowi na boskie spojrzenie, boski współudział... Nie lekceważmy bowiem chrześcijanina: chrześcijanin, fałszywy aż do niewinności, stoi o wiele wyżej od małpy — ze względu na chrześcijanina staje się znana teoria pochodzenia prostą grzecznością...

40. — Los Ewangelii rozstrzygnął się ze śmiercią — wisiała ona na „krzyżu"... Dopiero śmierć, ta nieoczekiwana, haniebna śmierć, haniebny krzyż, chowany na ogół tylko dla canaille — dopiero ten grozą przejmujący paradoks postawił uczniów przed właściwym pytaniem: „Kto to był? Co to było?".

- Wstrząśnięte i do głębi obrażone uczucie, podejrzenie, że taka śmierć mogłaby być obaleniem ich sprawy, straszliwy znak pytania „dlaczego właśnie tak?" — ten stan jest aż nadto łatwy do pojęcia. Tu musiało być wszystko konieczne, mieć myśl, rozum, najwyższy rozum; miłość ucznia nie zna przypadku. Dopiero teraz rozwarła się przepaść: „Kto go zabił? Kto był jego naturalnym wrogiem?" — pytanie to wystrzeliło jak błyskawica.

Odpowiedź: panująca żydowszczyzna, jej stan najwyższy. Od chwili tej powstawano w uczuciu swym przeciw porządkowi, następnie rozumiano Jezusa jako powstającego przeciw porządkowi. Dotąd brak było tego wojowniczego, tego w słowie i czynie zaprzecznego rysu w jego obrazie; co więcej rys ten był z nim sprzeczny. Widocznie mała gmina n i e widziała właśnie rzeczy głównej, wzoru danego w tego rodzaju śmierci, wolności, wyższości ponad wszelkie uczucie ressentiment: — znak to, jak mało w ogóle z niego rozumiała! Samą śmiercią swą nie mógł Jezus chcieć niczego, tylko dać jawnie najsilniejszą próbę, dowód swej nauki... Ale uczniowie jego dalecy byli od tego, by tę śmierć przebaczyć — co by było ewangeliczne w najwyższym znaczeniu; lub nawet w łagodnym i miłym spokoju serca ofiarować się na śmierć podobną... Właśnie najmniej ewangeliczne uczucie, zemsta, wypłynęła na wierzch. Niemożliwe było, by sprawa zakończyła się tą śmiercią: potrzebowano „odpłaty", „sądu" (a jednak, co może być jeszcze mniej ewangelicznego niż „odpłata", „kara", „sprawowanie sadu"!). Jeszcze raz wystąpiło na pierwszy plan gminne oczekiwanie Mesjasza; wlepiono oczy w chwilę historyczną: „Królestwo Boże" przyjdzie sądzić swych wrogów... Lecz tym samym wszystko jest źle zrozumiane: „Królestwo Boże" jako akt końcowy, jako obietnica! Ewangelia jednak była właśnie istnieniem, spełnieniem, rzeczywistością tego „królestwa". Właśnie taka śmierć była tym „Królestwem Bożym". Teraz dopiero wniesiono w typ mistrza całą pogardę i rozgoryczenie przeciw faryzeuszom i teologom — uczyniono z niego przez to faryzeusza i teologa! Z drugiej strony zdziczałe uwielbienie tych całkowicie ze spoideł wyrzuconych dusz nie mogło znieść dłużej owego ewangelicznego równouprawnienia każdego, by był dziecięciem Boga, jak tego uczył Jezus: zemstą ich było podniesienie w sposób przesadny Jezusa, oderwanie go od siebie: tak samo, jak niegdyś Żydzi z zemsty na swych wrogach oddzielili od siebie swego Boga i podnieśli w wyżyny. Jeden Bóg i jeden Syn Boży: obaj wytwory uczucia ressentiment...

41. — I odtąd wynurzył się niedorzeczny problemat: „jak Bóg mógł do tego dopuścić!". Zaburzony rozum małej gminy znachodzi wprost straszliwie niedorzeczną na to odpowiedź: Bóg zesłał Syna swego dla przebaczenia grzechów, jako ofiarę. Jakże od jednego razu położono kres Ewangelii! Ofiara za winy, i to w swej najwstrętniejszej, najbardziej barbarzyńskiej formie, ofiarowanie niewinnego za grzechy winnych! Co za okropna pogańszczyzna!

— Przecie Jezus sam usunął pojęcie „winy" — zaprzeczył wszelkiej przepaści między Bogiem i człowiekiem, przeżywał tę jedność Boga i człowieka, jako swoją „radosną nowinę"... I nie jako przywilej ! - Odtąd krok za krokiem wchodzi w typ Zbawiciela: nauka o sądzie i o powrocie, nauka o śmierci jako śmierci ofiarnej, nauka o zmartwychwstaniu, która sprzątnęła całe pojęcie „szczęśliwości", całą i jedyną rzeczywistość Ewangelii — na rzecz stanu po śmierci!... Paweł wyciągnął z tego ujęcia rzeczy, z tej wszeteczności ujęcia rzeczy, taki wniosek z ową rabińską bezczelnością, która go cechuje pod każdym względem: „j e ś l i Chrystus nie powstał z martwych, to nasza wiara jest próżna". — I jednym zamachem stała się z Ewangelii najnikczemniejsza z wszystkich nieosiągalnych obietnic, bezwstydna nauka o osobowej nieśmiertelności... Paweł sam uczył o niej jeszcze, jako o nagrodzie!...

42. Widzimy, co skończyło się wraz ze śmiercią na krzyżu: nowa, na wskroś oryginalna osnowa buddyjskiego ruchu pokojowego, rzeczywistego, n i e tylko obiecywanego szczęścia na ziemi. Bo to jest - podniosłem to już — zasadniczą różnicą między obiema religiami decadence: buddyzm nie obiecuje, lecz dotrzymuje, chrześcijaństwo obiecuje wszystko, lecz nie dotrzymuje niczego. Za „radosną nowiną" szła w ślad najgorsza: Pawłowa. W Pawła wciela się typ przeciwny „radosnemu zwiastunowi", geniusz w nienawiści, w wizji nienawiści, w nieubłaganej logice nienawiści. Czegóż nie złożył ten dysangelista nienawiści w ofierze! Przede wszystkim Zbawiciela: wbił go na swój krzyż. Życie, przykład, nauka, śmierć, myśl i prawo całej Ewangelii — nic już nie zostało, gdy ten fałszerz monet z nienawiści pojął, czego jedynie mógł potrzebować. N i e rzeczywistości, n i e prawdy historycznej!... I raz jeszcze instynkt kapłański Żyda popełnił tę samą, wielką zbrodnię na historii — przekreślił po prostu wczoraj, przedwczoraj chrześcijaństwa, wynalazł sobie historię pierwszego chrześcijaństwa. Więcej jeszcze: Paweł sfałszował jeszcze raz dzieje Izraela, by zdawały się przeddziejami jego czynu: wszyscy prorocy mówili o jego „Zbawicielu"... Kościół sfałszował potem nawet dzieje ludzkości na przeddzieje chrześcijaństwa... Typ Zbawiciela, nauka, praktyka, śmierć, myśl śmierci, nawet to, co po śmierci - nic nie pozostało nietkniętym, nic nie pozostało choćby tylko podobnym do rzeczywistości. Paweł przeniósł po prostu punkt ciężkości owego całego istnienia poza istnienie — w kłamstwo o „zmartwychpowstałym" Jezusie. W gruncie rzeczy całe życie Zbawiciela nie mogło mu się zdać w ogóle na nic — potrzeba mu było tylko śmierci na krzyżu i jeszcze czegoś więcej. Takiego Pawła, którego ojczyzna była stolicą stoickiego oświecenia, uważać za uczciwego, gdy z halucynacji stwarza sobie dowód dalszego istnienia Zbawiciela, lub choćby tylko użyczać wiary jego opowiadaniu, ż e miał tę halucynację, byłoby prawdziwą niaiserie ze strony psychologa: Paweł chciał celu, przeto chciał także środków... W co on sam nie wierzył, w to wierzyli idioci, między których on swoją rzucał naukę. — J e g o potrzebą była m o c; z Pawłem chciał jeszcze raz kapłan dojść do mocy — zdać mu się mogły tylko pojęcia, nauki, symbole, którymi tyranizuje się tłumy, tworzy trzody. Czego jedynie zapożyczył później Mahomet od chrześcijaństwa? Wynalazku Pawła, jego środka do tyranii kapłańskiej, do tworzenia trzody: wiary w nieśmiertelność -to jest nauki o „sądzie"...

43. Gdy się punkt ciężkości życia przeniesie n i e w życie, lecz w „zaświat" -w nicość -to odbiera się życiu w ogóle wagę. Wielkie kłamstwo o nieśmiertelności osobowej niszczy wszelki rozum, wszelką naturę w instynkcie — wszystko, co jest w instynktach dobroczynnego, popierającego życie, poręczającego przyszłość, budzi odtąd nieufność. Tak żyć, by nie było już żadnego sensu żyć, t o staje się teraz sensem życia... Po co duch obywatelski, po co jeszcze wdzięczność dla pochodzenia i przodków, po co współpracować, ufać, jakieś dobro powszechne popierać i mieć na oku?...

Tyleż „pokus", tyleż sprowadzeń z „dobrej drogi" — „j e d n e g o trzeba"... By każdy jako „dusza nieśmiertelna" był z każdym równego rzędu, by wśród ogółu wszystkich istot „zbawienie" każdej poszczególnej mogło rościć sobie prawo do wiecznej ważności, by małe mruki i w trzech czwartych narwani mogli sobie roić, że gwoli nim ustawicznie przełamują się prawa przyrody — takiego spotęgowania wszelkiego rodzaju samolubstwa do nieskończoności, do bezwstydu, nie można z dostateczną napiętnować pogardą. A jednak temu godnemu politowania pochlebstwu osobistej próżności zawdzięcza chrześcijaństwo swoje zwycięstwo — przekonało tym do siebie wszystko nieudane, buntowniczo nastrojone, poronione, wszystkie wyrzutki i odpadki ludzkości. „Zbawienie duszy" — po naszemu: „świat obraca się wkoło mnie"... Jad nauki „równe prawa dla wszystkich" — chrześcijaństwo rozsiewało go najgruntowniej; chrześcijaństwo z tajemnych kątów lichych instynktów zwalczało na śmierć wszelkie uczucie czci i odległości między człowiekiem a człowiekiem, to jest, warunek wszelkiego wywyższenia, wszelkiego wzrostu kultury — ukuło sobie z ressentiment tłumów swój główny oręż przeciw nam, przeciw wszystkiemu, co dostojne, radosne, wielkoduszne na ziemi, przeciw naszemu szczęściu na ziemi... Przyznanie „nieśmiertelności" każdemu Piotrowi i Pawłowi było dotąd największym, najgorszego gatunku zamachem na dostojną człowieczość. — I nie lekceważmy też fatalności, która z chrześcijaństwa wpełzła aż do polityki! Nikt nie ma już dziś odwagi do praw wyjątkowych, do praw władczych, do uczucia szacunku dla siebie i dla równego sobie, do patosu odległości... Nasza polityka choruje na ten brak odwagi! — Arystokratyzm sposobu myślenia został przez kłamstwo o równości dusz najpodziemniej podkopany; i jeśli wiara w „przywilej najliczniejszych" czyni rewolucje i czynić będzie — nie wątpmy, że to chrześcijaństwo, że to chrześcijańskie oceny wartości, które każda rewolucja tylko na krew i zbrodnie tłumaczy! Chrześcijaństwo jest buntem wszystkiego, co pełza po ziemi, przeciw temu, co ma w y ż y n ę: Ewangelia „maluczkich" czyni małym...

44. — Ewangelie są nieocenione jako świadectwo niepowstrzymanego już zepsucia w obrębie pierwszej gminy. To, co Paweł później z logicznym cynizmem rabina doprowadził do końca, było mimo to tylko procesem upadku, który zaczął się ze śmiercią Zbawiciela. — Ewangelii tych nie można czytać dość bacznie: mają one swoje trudności poza każdym słowem. Wyznaję, a policzone mi to będzie za dobre, że właśnie dlatego są one dla psychologa przyjemnością pierwszorzędną — jako przeciwieństwo wszelkiego naiwnego zepsucia, jako wyrafinowanie par excellence, jako artyzm w psychologicznym zepsuciu. Ewangelie mówią za siebie. Biblia w ogóle nie znosi żadnego porównania. Jest się wśród Żydów: pierwszy punkt widzenia, by tu nie stracić całkowicie nici. Wzniesione tu wprost do geniuszu samoudawanie „świętości", nigdy poza tym wśród książek i ludzi nawet w przybliżeniu nie osiągnięte, to fałszerstwo monet w słowach i gestach, jako sztuka, nie jest przypadkiem jakiejś jednostkowej zdolności, jakiejś natury wyjątkowej.

Tu wchodzi w grę rasa. W chrześcijaństwie, jako w sztuce świętego kłamania, dochodzi cała żydowszczyzna, kilkusetletnie żydowskie najpoważniejsze ćwiczenie i technika do ostatecznego mistrzostwa. Chrześcijanin, t a ultima ratio kłamstwa, jest Żydem raz jeszcze — nawet trzykrotnie...

Zasadnicza wola posługiwania się tylko pojęciami, symbolami, postawami, dowiedzionymi praktyką kapłana, instynktowne odpieranie wszelkiej i n n e j praktyki, wszelkiego innego rodzaju perspektywy wartości i pożyteczności - to nie tylko tradycja, to dziedzictwo: tylko jako dziedzictwo działa to jak natura. Cała ludzkość, nawet najlepsi łepacy najlepszych czasów — (z wyjątkiem jednego, który jest może tylko nieczłowiekiem) — dali się złudzić... Czytano Ewangelię jako księgę niewinność i... niemała wskazówka, z jakim mistrzostwem tu grano. — Oczywiście: gdybyśmy ich mogli widzieć, choćby tylko w przejściu, tych wszystkich dziwnych mruków i sztucznych świętych, wszystko by było skończone — i właśnie dlatego, że j a słów nie czytam, by też nie widzieć i gestów, kres im kładę... Nie mogę w nich znieść pewnego rodzaju podnoszenia oczu. — Na szczęście dla przeważnej liczby ludzi są książki tylko literaturą — Nie trzeba się dać w błąd wprowadzać: „nie sądźcie!" mówią oni, lecz posyłają do piekła wszystko, co im w drodze stoi. Każąc sądzić Bogu, sądzą sami; wychwalając Boga, wychwalają samych siebie; wymagając cnót, do których właśnie są zdolni — więcej jeszcze, których potrzebują, by w ogóle pozostać u góry — nadają sobie wielki pozór walczenia o cnotę, boju o panowanie cnoty.

„Żyjemy, umieramy, ofiarujemy się za dobro" („prawda", „światło", „Królestwo Boże"): w rzeczywistości czynią, czeg