| Ciężki przypadek - kobieta |
|
|
|
Spis treści
Strona 2 z 2 Lekcja pokory Wiedzieliśmy, że czeka nas przedślubna rozmowa z księdzem, wypełnianie standardowej ankiety, zwykłe formalności. Nie sądziliśmy, że może się to wiązać z jakąkolwiek traumą. Sprawa wydawała się prosta i oczywista: kochamy się, chcemy wziąć ślub, nie istnieją żadne przeciwwskazania do zawarcia związku małżeńskiego w obrządku katolickim. Ksiądz Andrzej, uśmiechnięty, młody, emanujący pozytywną energią, wzbudzał zaufanie. Mój narzeczony Krzysztof wyszedł na korytarz, abym w maleńkim, całkiem przytulnym pokoiku, przy dźwiękach Chorału Gregoriańskiego odtwarzanego z płyty CD, mogła w cztery oczy porozmawiać z księdzem. Myślałam, że będzie o powołaniu człowieka do miłości, o rodzinie, o Bogu, który kocha wszystkie swoje dzieci. Nie było. Pierwsze pytanie ankiety dotyczyło dobrowolnej decyzji o chęci przyjęcia sakramentu małżeństwa zgodnie z nauką Kościoła katolickiego. Bez wahania odpowiedziałam TAK - wydawało mi się to oczywiste, przecież właśnie po to się tam znalazłam. Gdybym chciała wziąć ślub w obrządku Zielonoświątkowców, znalazłabym się zgoła gdzie indziej. Nie spodziewałam się, jak istotne jest w tym kontekście słowo zgodnie, że to właśnie ono pozwoli wytoczyć przeciwko mnie najcięższe działa. Przy kolejnym punkcie ksiądz Andrzej srodze zmarszczył brew. Coś było zdecydowanie nie w porządku - w rubryce "zameldowanie" mieliśmy z Krzysztofem wpisany ten sam adres. Ksiądz był oburzony. To był najlepszy moment, by skłamać. Opowiedzieć historyjkę o wspólnym zameldowaniu z przyczyn organizacyjnych czy jakichkolwiek innych. O randkach w parku, kradzionych ukradkiem niewinnych pocałunkach, tęsknocie w oczekiwaniu na wspólne ognisko domowe po ślubie - zgodnie z nauką Kościoła. Ale nie po to przyszłam do Kościoła. Przyszłam z ufnością, byłam szczera. Gdybym wtedy skłamała, wszystko wyglądałoby inaczej. Ksiądz pobłogosławiłby z udawaną naiwnością dziecka nasz czysty, niepokalany związek dwojga dusz, bo nie ciał przecież, a ja nie przeżyłabym największego upokorzenia w swoim życiu. Ale nie skłamałam. Spodziewałam się lekkiej nagany, duszpasterskiego upomnienia, po którym skruszona spuściłabym głowę, poprosiła o pokutę i obiecała poprawę. Nikt nie jest idealny. Jesteśmy tylko ludźmi. Usłyszałam jednak zupełnie co innego. Okazało się, że jestem cyniczną kłamczuchą. Twierdząc, że chcę zawrzeć związek małżeński zgodnie z nauką Kościoła, tkwię jednocześnie w swoim brudnym życiu niczym w bagnie - po samą szyję. Uprawiam nierząd, cudzołożę bez umiaru, jestem zepsuta do szpiku kości i w dodatku się tego nie wstydzę. Co najgorsze, sieję ziarno zgorszenia wśród znajomych i przyjaciół, którzy wiedząc, że mieszkamy razem, nie potrzebują nawet pytać, czy uprawiamy Seks, śpimy w jednym łóżku, bo to oczywiste. Jak mi nie wstyd przed sobą, Bogiem i całym światem?! (eFKa) (.es) Przedyskutuj ten artykuł na forum. ( 0 postów)Komentarze (0)
![]() Napisz komentarz
|
||




