-Będziesz na kolacji?- zapytała Marta.
-Postaram się.
Krzysiek siedział do niej tyłem i zakładał buty. Codzienny widok który zdążył się
już wyryć w jej pamięci. Czasami przyłapywała się na tym, że nie mogła
przypomnieć sobie jego twarzy. To nie była wina Krzyśka. Jej też nie. Od dawna
żyli obok siebie, a nie ze sobą.
-Marta, zrobisz coś dla mnie? Podrzucisz te papiery? Dzisiaj masz zdaje się
rozmowę, będzie ci po drodze.
-Miałam wczoraj- Spojrzał na nią. Odwrócił się i spojrzał. Przez chwilę jego
zdziwione oczy były skierowane na nią. Tylko przez chwilę.
-Coś musiało mi się pomylić, ale w takim razie i tak masz wolny dzień. Zrób to
dla mnie, dobrze?- Jeszcze skrzypnięcie łóżka, kiedy pochylił się by pocałować
ją na pożegnanie. W policzek, czoło, tym razem, gdzieś w okolicy lewej skroni.
Tam gdzie trafiał. Trzaśnięcie drzwiami, szum windy. Cisza.
Idę pod ulewnym deszczem, nie widać całkowicie nic w odległości wyciągniętej ręki. Przemokłam na wylot, zimno mi, okropny chłód dociera do kości nie mam siły się poruszac. Dokąd idę? Nie wiem... Ślisko, upadłam...Ziemia chłodna, zimniejsza od deszczu... Odwracam się...dokąd iść dalej? Punktów orientacyjnych niema. Niema w ogóle nic. Tylko chłodne strumienie deszczu i bezsensownośc...
Czy to jest straszny sen.? Dotykam rękami ziemię... To nie ziemia, to śliskie i zimne błoto. Nie, to nie sen... Krzyczę.ale już za późno... Są rzeczy, których nigdy już nie da sie naprawic, Są ludzie , które nigdy nie powrócą... Bóg?! Czy W ogóle jest? Dlaczego to się zdarzyło? Zabierz lepiej mnie! Zwróć! Boże, przepraszam za wszystko! Oddaj!! Dlaczego ja nie mogłam w niczym pomóc, przecież wiedziałam, czułam! Przyjdź do mnie... Błagam...
Budzę się z potwornym bólem głowy. Jedno spojrzenie na budzik wystarcza mi, abym zobaczyła, że zaspałam. Skoro nie budzik, to co? Przez szum wewnątrz czaszki przebija się skamlenie psa. No tak, nikt inny go nie wyprowadza. Wstaję z trudem. Szukając tabletki przeciwbólowej, próbuję sobie przypomnieć, co śniło mi się tej nocy. Nic, pustka. A jednak wrażenie, że podczas godzin nocnych nawiedzały
mnie jakieś obrazy, nie opuszcza mnie. Słyszę cichutki pisk. Mój
porośnięty sierścią przyjaciel domaga się spaceru. Jakoś udaje mi się
odszukać ubranie i buty. Przypinam mu smycz do obroży. Zbiegając po
schodach, obserwuję radosne merdanie ogona. Ciekawe, czy dziś też
będzie się tarzał w śniegu? Na pewno, tak jak zawsze...
Przyszła do niego nad ranem.
Weszła bardzo ostrożnie, cicho, stąpając bezszelestnie, płynąc przez
komnatę jak widmo, jak zjawa, a jedyny dźwięk, jaki towarzyszył jej
ruchom, wydawała opończa, ocierająca się o nagą skórę. A jednak ten
właśnie nikły, ledwie słyszalny szelest zbudził wiedźmina, a może tylko
wyrwał z półsnu, w którym kołysał się monotonnie, jak gdyby w bezdennej
toni, zawieszony pomiędzy dnem a powierzchnią spokojnego morza, pośród
falujących leciutko pasemek morszczynu.
Nie poruszył się, nie drgnął nawet. Dziewczyna przyfrunęła bliżej,
zrzuciła opończę, powoli, z wahaniem oparła zgięte kolano o krawędź
łoża. Obserwował ją spod opuszczonych rzęs, nadal nie zdradzając, że
nie śpi. Dziewczyna ostrożnie wspięła się na posłanie, na niego,
obejmując go udami. Wsparta na wyprężonych ramionach musnęła mu Twarz
włosami, które pachniały rumiankiem.