|
Wpisała: @lterego
|
|
Minął kolejny miesiąc,
podczas którego widywałam się z nią nawet kilka razy w tygodniu. Nie musiałam już
szukać klientów, Zuzanna dołączyła mnie do zasobu swoich fachowców na zasadzie freelance,
co sprawiło, że zasypywano mnie propozycjami pracy. Większość projektów oddawałam
jednak w dalszym ciągu samej Zuzannie. Miałam cichą nadzieję, że robi to
specjalnie, żeby mnie przy sobie zatrzymać, ale nie byłam pewna, czy to nie był
jedynie stwór mojej własnej wyobraźni. A wyobraźni mi wtedy nie brakowało.
|
|
|
Wpisała: @lterego
|
Powracałam do
niej myślami już drugi miesiąc, kiedy pewnego dnia, odbierając telefon,
ponownie usłyszałam jej glos.
-Karina? Mówi
Zuzanna Wiśniew.
-Witam.
Momentalnie
miałam przed sobą wizję jej osoby z tamtego listopadowego dnia. Serce podeszło
mi do gardła, i poczułam nagły skurcz żołądka. Rany, co się ze mną dzieje? Czy
te jej pończochy wywarły na mnie aż takie wrażenie? Nie nadążałam za własnymi
emocjami, wywołanymi przez głos tej nieznanej kobiety.
-Chciałabym się z
tobą spotkać, Karino.
Czyżby niebiosa
uznały, że czas spełnić moje marzenia? Z głupawym uśmiechem na twarzy - wiem,
że był głupawy, bo stałam przed lustrem w przedpokoju - odparłam radośnie:
-Bardzo chętnie!
-Twój projekt
jednak nie działa, tak jak chcemy.
Jej słowa zgasiły
mnie kompletnie. Skurcz żołądka wzrósł do morderczych proporcji. Ale ze mnie
debil! Myślałam, że ona chce mnie zaprosić na kawę, na drinka, na cokolwiek... A
tu się okazuje, że mój projekt się jej jednak nie podoba. Oparłam się o ścianę
w przedpokoju, martwym głosem zgadzając się na proponowaną przez Zuzannę porę
spotkania.
|
|
|
Wpisała: @lterego
|
|
Wszystko, co dotyczyło
Zuzanny, było niezwykłe, włącznie z naszym pierwszym spotkaniem. Pamiętam je
doskonale, chociaż miało ono miejsce już dobre kilka lat temu. To był wtorek. Zwyczajny, listopadowy wtorek, który nie zapowiadał się niczym niezwykłym, szczególnie,
że wczesnym rankiem obudziła mnie kolejna poranna kłótnia sąsiadów zza ściany. Byłam
półprzytomna, bo do drugiej nad ranem szlifowałam ostatki zamówionego przez
klienta projektu strony internetowej, a kłótnia sąsiadów nie wniosła żadnych nowych
argumentów po którejkolwiek stronie. Nudni byli, wiecznie żarli się o to samo,
nie wyciągając żadnych wniosków. Zaparzyłam sobie herbaty, wyczekując momentu sąsiedzkiego
trzaśnięcia drzwiami przez pana domu, i krótkiej wiązki wyzwisk, rzuconej za nim
przez jego żonę.
Po prostu zwykły wtorek.
|
|
|
Wpisała: .es
|
John Steinbeck
Wiszące wysoko zimowe mgły, szare jak flanela, odcięły dolinę Salinas od nieba i od reszty świata. Siedziały na szczytach niby szczelna pokrywa czyniąc z wielkiej doliny nakryty gar. W dole, na szerokim równym dnie, pługi farmerów wgryzały się w ziemię głęboko i cięte lemieszem czarne skiby lśniły jak metal. Za rzeką na ranczach u stóp wzgórz żółte ścierniska zdawały się pławić w bladym, zimnym blasku, choć teraz, w grudniu, nie było już słońca w dolinie. Gęste zarośla wierzbowe nad rzeką płonęły mnóstwem ostrych, zupełnie żółtych liści.
|
|
|