| Gość |
|
|
| Wpisała: Madri | |
|
Gorąco. Lato zaczynało swoje panowanie nad światem, nad polami, łąkami, sadem… i nad moim ciałem. Zasuszonym, znękanym samotnością, nikomu niepotrzebnym, a przeze mnie dawno zapomnianym. To tylko powłoka, powtarzałam sobie ilekroć widziałam kolejny znak upływającego czasu. Nie chciałam się nad tym rozwodzić. Wiedziałam gdzie jest moje miejsce. Życie swoje poświęciłam tej ziemi, pachnącej potem i cierpieniem moich dziadków, którzy zamienili jałową przestrzeń w dobrze prosperujące gospodarstwo. Sama zdecydowałam się kontynuować ich dzieło i teraz związana jestem już na zawsze z tą kwitnącą samotnią. Moi bracia dawno pozakładali rodziny, niektórzy z nich zdążyli już zakreślić pełen krąg i znowu są poszukującymi, nieco steranymi chłopcami, oddającymi się swoim ulubionym miastowym zabawom. Ich życie wypełniają sygnały dzwoniących komórek, faksów i klaksonów samochodów, szum zakorkowanych ulic i rytmiczna muzyka nocnych klubów.
Rzadko się z nimi widuję i nie ubolewam nad tym. Wybrałam tą pustelnie i samotność, a Walka z moimi nędznymi potrzebami duchowymi tylko mnie umocniła w tej decyzji. Jak to jest do nikogo nie należeć? Wygodnie… Pozbawiona tej dręczącej odpowiedzialności, ubrałam się w pancerz znieczulenia i teraz bez trudu ignoruję słabnące sygnały umierającej kobiecości. Życie wypełnione mam po brzegi sianiem i zbieraniem plonów, przy skromnej pomocy zabłąkanych ludzi, którzy w poszukiwaniu pracy i dodatkowego zarobku, skierowani lakonicznymi wskazówkami moich braci, zawitali na ten koniec świata, będący jednocześnie przedsionkiem raju. Raju, w którym nie ma miejsca na ludzkie słabości, a jest jedynie idealna symbioza między mną, kobietą na granicy bezcielesności i odczłowieczenia, a naturą, z którą zawarłam pewnego rodzaju pakt. Dzisiaj ma nastąpić w moim życiu zmiana, której się obawiam. Jeden z moich braci wyjeżdża na zagraniczną wędrówkę, tylko Bóg wie po co, wraz ze swoją nowo poznaną kochanką, która ma dorastającą córkę. Nie wiem, dlaczego się zgodziłam, ale to Dziecko ma zawitać do mojej oazy. Nie rozumiem tez dlaczego ona miałaby chcieć tutaj spędzać swój wolny czas. Nie czuje się gotowa, mimo że wschodni pokój został gruntownie odkurzony, a pościel przyobleczona w świeżą powłokę. Z niepokojem zastanawiam się, co też ona może tu porabiać. Za cała rozrywkę mam książki, niezbyt nowe, raczej sama klasyka do której z umiarkowaną przyjemnością zasiadam w zimowe wieczory. Wynalazki takie jak telewizor i radio nigdy nie zagościły w ścianach mojego domu. Przyzwyczajona jestem do ciszy pełnej dźwięków, tak dokuczliwej dla ludzi z miasta. Nie przywykłam tez do towarzyszenia komuś, tutaj nawet ksiądz nie zagląda, odkąd nie przyjęłam go z kolędą. Nie chodzę do kościoła i nie daję na tacę, a to wystarczyło by odstraszyć ludzi ze wsi. Ten gruby, czerwony i spocony mężczyzna nie potrafił odpowiedzieć na żadne moje pytanie, a jego próby wyjaśniania czegokolwiek nie satysfakcjonowały mnie, toteż nie traciłam czasu na spotkania z nim. Nigdy nie powiedziałam głośno, co myślę na temat porządku świata, ale tez i nie cierpiałam z tego powodu, bo spisanie myśli w postaci nigdy nie wysłanych listów "Do nikogo", wystarczyło mi by na zawsze pogodzić się z zastanym stanem rzeczy i przejść nad tym do porządku dziennego. Tak więc ja tu rządzę, powtarzam wycierając po raz kolejny szklanki stojące na kredensie, przygotowane na przyjazd dziewczyny. Poczęstuję ją kompotem. Czemu jestem taka niespokojna? Stanęłam w drzwiach i pozwoliłam by uśmiech wpełzł mi na Twarz. Rzadko mam gości, właściwie to wcale, a nienaturalne wydaje mi się naprężanie mięśni i pokazywanie zębów psom, albo polu. Tutaj nie jest potrzebny ten grymas. Może wśród ludzi jest to koniecznością, ale ja nie żyję w labiryncie konwenansów, gdzie na najgorsze zderzenie z rzeczywistością powinno się reagować uśmiechem, bo tak wypada. U mnie liczy się dyscyplina i siła. Ale nie pokaże tego po sobie. Dwa tygodnie będę się uśmiechać na zawołanie, bo o to mnie poproszono. Mam nadzieje że moje dziwactwo nie odstraszy tej dziewczyny, która właśnie błysnęła, długą, opalona i gładką nogą, wysiadając z samochodu mojego brata. Jak zwykle spieszył się i lekko zakłopotany przedstawiał mi dziewczynę, która bynajmniej nie była speszona tą sytuacją. Wręcz przeciwnie, bawiła ją ta chwila i wydawało się że jestem dla niej pewną atrakcją. Z zaciekawieniem przyglądała się mojej postawie, strojowi… Musiałam wydać się jej niezwykle odmienna od tego co zna, bo nie spuszczała ze mnie wzroku, ja zresztą tez nie ustępowałam jej zainteresowaniem. Szukałam oznak zwiastujących nadchodzące kłopoty. Zaciekawiła mnie jej odwaga i pewność, z jaką uścisnęła mi rękę. Na ten widok brat zareagował nerwowym śmiechem, poczym błyskawicznie wniósł bagaże na ganek i chwilę później zostawił po sobie jedynie cienką smużkę kurzu unosząca się nad wyschniętą drogą. Zostałyśmy we dwie w promieniu jakiś 50 km, nie licząc paru osób pracujących w polu, o czym świadczył ryk silnika traktora, dochodzący zza rzeki. -Nie wiedziałam że w Polsce istnieją jeszcze takie piękne miejsca jak to…-powiedziała zupełnie naturalnie i uśmiechnęła się w sposób o jakim nie wiedziałam że istnieje. Nie zdawałam sobie sprawy, że uśmiech nie musi być plastikowym grymasem zastępującym odpowiedz na każde pytanie. Rozluźniłam się nieco i nie starałam się już udawać przyjaznej gospodyni. Zaprosiłam ją do kuchni i poczęstowałam kompotem. Oczekiwałam kogoś z całkowicie innego świata, kogoś kto potraktuje mój dom jak piekło i ucieknie się przy pierwszej nadarzającej się okazji, a zastałam dorastającą dziewczynę, która, na co wyglądało, miała troszkę oleju w głowie i której najwidoczniej się tu podobało. Pokazałam jej pokój w którym będzie spała i oddałam się swoim zajęciom. Wieczorem zastałam ją czytająca książkę. Siedziała na schodach i było to tak naturalne jakby codziennie siadywała w tym miejscu i zaczytywała się starymi powieściami. Zaproponowałam zjedzenie kolacji w sadzie. Nie wiem skąd taki pomysł w mojej głowie. Może z chęci sprawienia przyjemności gościowi. Kuchnia w taki dzień jak dzisiaj wydawała mi się czymś wielce niestosownym. Nieproszona pomogła mi w przygotowaniu posiłku. Zdziwiło mnie tylko, że była taka milcząca, ale nie starałam się na siłę nawiązać kontaktu. Chyba nie chciała mówić zbyt wiele. Miała 17 lat i nie musiała chcieć rozmawiać ze starą panną, w dodatku żyjąca na odludziu, która nie wie, co to dylematy dojrzewania. Nigdy nie byłam dorastającą panienką. Dojrzewałam bez ojca, szybko straciłam matkę, a jako że byłam najstarsza czułam się odpowiedzialna za moich braci, którzy do tej pory jawią mi się jako słabe, bezbarwne istoty. Tyle czasu minęło a ja nadal patrzę na nich jak na nieopierzone, ślepe szczeniaki, które ciągle bardziej bawią się niż żyją naprawdę. Rozłożyłam obrus na drewnianym blacie stołu zbitym z desek. Wybrałam bardziej zdziczałą cześć sadu, w której większość drzew od dawna czekała na wycięcie. Nadal nie mogłam się na to zdecydować. Poskręcane, toczone przez choroby konary, budziły we mnie jakąś czułość. Może, dlatego ze wydawało mi się zawsze, że akurat w tej części sadu, matka siadywała ze mną pod drzewami i nuciła mi kołysanki do snu. Nie pamiętam tego, bo przecież matka nie traciła czasu na pieszczenie nas, ani na zabawy…to ja nuciłam do snu braciom i ja zajmowałam się nimi. Matka. Jak niewiele mi zostało z wspomnień o niej. Dziewczyna siadła naprzeciw mnie i zaczęła jeść. Na całą naszą kolację składały się, ser z mleka moich krów, miód z pasieki nad rzeką (bardziej stosowny na śniadanie, ale pomyślałam że niektórzy wola słodkie rzeczy i nie pomyliłam się patrząc jak mój gość pałaszuje pajdę chleba jedną za drugą), masło, rzodkiewki i herbata. Patrzyłam jak je i nie mogłam oderwać od niej wzroku. Zaskoczona poczułam, że patrzenie na nią sprawia mi przyjemność. Z uwagą śledziłam każdy ruch, starając się niczego nie uronić z tego obrazka tak nowego i niezwyczajnego dla moich oczu. Idealnie wkomponowała się w krajobraz tego zakątka. Oparta plecami o chropowaty pień jabłoni, bezwstydnie zadarła nogę na ławkę i podparła sobie kolanem brodę. Biała sukienka, kontrastowała z kolorem jeszcze świeżej zieleni trawy i liści. Łagodnie poddawała się podmuchom wiatru i bawiąc się, odsłaniała kształtne uda, by za chwilę skryć je przed moimi oczami. Plamy słoneczne prześwitujące przez ażur gałęzi, tworzyły na jej czole, karku i piersiach rozedrganą mozaikę odcieni bieli. Przyglądałam się temu zjawisku, tak, jak co jakiś czas przeglądam się w zaśniedziałym lustrze, które już ledwie odbija moje kontury. Ubrane byłyśmy w ten sama kształt kobiety, ale jakże się różniłyśmy. Z budząca się coraz większą fascynacją badałam linię jej kości policzkowych i starałam się dostrzec kolor oczu, które chowała za długimi rzęsami. Twarz jej pachniała świeżością i młodością a także czymś nieokreślonym, niebezpiecznym i niezwykle pociągającym. Miała w sobie tajemnicę. Jej usta zajęte były odgryzaniem kolejnego kawałka chleba. Tym razem nie zwracała na mnie uwagi, pogrążyła się całkowicie w tej chwili. Chłonęła zapachy przekwitającego sadu. W myślach nazywała kolejno kolory miodu, nieba, trawy, kory drzew, śpiącego obok niej na ławce kota. A ja to samo robiłam z nią. Chciałam rozebrać ją na części, nazwać je, wedrzeć się do wnętrza i odkryć to, co sprawia że tak mnie zaciekawiła ta istota. Skąd u niej ten zloty blask włosów, naturalny odcień czerwieni na policzkach i biel dekoltu, skąd u niej ta delikatność, pewność dłoni i zapach słodkiej wilgoci. Jej niewinność i nieświadomość tego, że w mojej głowie rodzą się dziwne myśli, nienazwane pragnienia. Byłam oszołomiona jakbym wypiła duszkiem szklankę wina, które tak skrupulatnie chowałam w bieliźniarce. Podziękowała i otarłszy dłonie jedna o drugą, bosa skierowała się w stronę rzeki. Rzuciła na obchodne, że idzie się przejść. A ja zamarłam i odprowadzałam wzrokiem ta podniecająca świeżość. Zostałam sama z dręczącym oczekiwaniem na coś niezwykłego. Na niebie zaczęły zbierać się burzowe chmury. Już nic nie będzie takie samo… Najnowsze artykuły:
Starsze artykuły: Komentarze (0)
![]() Napisz komentarz
|






