• Powieksz rozmiar czcionki
  • Pomniejsz rozmiar czcionki
  • Domyslny rozmiar czcionki
Ona Drukuj Email
Gdy spotkałam ją po raz pierwszy, cały świat stanął na głowie. Nic już nie było takie jak wcześniej
Gdy nadeszła Zima, a mróz rzeźbił na szybie wymyślne kształty, przychodziłam do niej i cały wieczór siedziałyśmy z kubkiem gorącej herbaty i kawałkiem wiśniowego ciasta z kruszonką. Ona umarła. Umarła. Odeszła. Nie ma jej. Nie mogę uwierzyć, bo byłam pewna, że zawsze będzie. Stworzyła iluzję, że jest wspaniała i odeszła. Zabrała z sobą wszystko, co wprawiało w ruch gwiazdy i białym łabędziom krzyżowało szyje w miłosnym uścisku. Kiedy spotkałam ją po raz pierwszy, cały mój świat stanął na głowie. Od tamtego dnia nic już nie było takie samo, jak wcześniej. Zjawiła się późnym latem, gdy pod moim domkiem, na drzewie, każdego ranka siadała gruba mgła. Ale z nią było cały czas ciepło i mgła też nie była mgłą, tylko czymś w rodzaju jedwabnej koszulki, jaką się otulałam, gdy bujałyśmy się na huśtawce z opony, zawieszonej na gałęzi najpiękniejszej jabłoni w sadzie.
Nawet zwykły przechodzeń na ulicy, który wcześniej irytował mnie tym, że tak idzie, jakby sam nie wiedział gdzie ma iść, od tamtego czasu stał się kolorowym pajacykiem, uśmiechniętym od ucha do ucha i jakoś dziwnie jasnym. Ona umiała sprawić, że słońce świeciło zawsze tam, gdzie akurat się znajdowałam, choć w rzeczywistości po prostu nie widziałam deszczu. Był czymś niesamowitym, takim lekkim i ciepłym. Podporządkowałam jej wszystko, cały mój świat. Nawet wtedy, gdy szła na spacer, ja wychodziłam z domu po to, aby być blisko niej. Najczęściej spotykałyśmy się w wakacje, kiedy świadectwa były już rozdane i wolność miałyśmy właściwie w dłoni. Trudno w to uwierzyć, ale magiczny dzień zakończenia  roku szkolnego był jakby kresem ciężkiej wędrówki, która powtarzała się co roku i zawsze trwała mniej więcej dziesięć miesięcy. W szkole trudno mi się było skupić, bo to zadanie niezwykle ciężkie, gdy cały czas o niej myślałam, a ona wierciła mi się w głowie i w sercu. Zakochałam się w niej. Bardzo dziwnie to brzmi, ale tak było. Za oknem skwar, że powietrze właściwie stało w miejscu. W sercu zaś maj. Takie lekkie powietrze, zielony wiatr i kolorowe sny każdej nocy. Nigdy nie wierzyłam w takie uczucie, ale ono zaistniało. Nie wiem, czy w niej też, ale we mnie na pewno. Dziś, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, wiem, że to było kochanie, ale wtedy nie brzmiało to tak poważnie. Po prostu dawało chęć do życia. Każdego jesiennego popołudnia zbierałyśmy w sadzie jabłka i gruszki. Ona w swoim, ja w swoim. Po jej stronie płotu wszystkie owoce były dojrzalsze i piękniejsze. Byłam przekonana, że to dlatego, że im śpiewała, a każda nuta w jej ustach nabierała magicznego brzmienia, ciepłego, basowego, kontrastującego z jej anielską fizycznością. Gdy przychodziła zima, a mróz rzeźbił na szybie wymyślne kształty, przychodziłam do niej i cały wieczór siedziałyśmy z kubkiem gorącej herbaty i kawałkiem wiśniowego ciasta z kruszonką. W Wigilię łamałyśmy się opłatkiem i ona mi życzyła więcej dni w roku podobnych do tego. Moje oczy stawały się wtedy takie przenikliwe. Tak mówiła. O północy szłyśmy na Pasterkę, śpiewałyśmy kolędy, a jej głos był wtedy nieco bardziej anielski niż jesienią w sadzie. Śnieg, który padał, gdy wracałyśmy do domu sprawiał, że łzawiły jej oczy i nawet, gdy chowała się w zaspie, zawsze wiedziałam, gdzie mam iść, bo w jej czarnych jak węgiel oczach odbijały się światła mojego domu i oświetlały drogę powrotną.
Wiosną było jeszcze wspanialej. Powiedziałam wtedy, że chciałabym zobaczyć jak pachnie raj. Zaprowadziła mnie do sadu, gdzie drzewa okryły się różowymi i białymi  kwiatuszkami. Pachniało lekkością, świeżością i naturalnością. Powiedziała, że tak wygląda eden. Uwierzyłam. W trzy godziny po tym, jak po dziesięciu miesiącach walki z samym sobą odzyskałyśmy wolność, ona przyszła do mnie, spakowała walizki i zabrała mnie pod namiot. Pojechałyśmy tam, gdzie był tylko las i ptaki. Po tygodniu poczułam, że zaczynam żyć na nowo, uświadomiłam sobie, że dzięki niej zapominam o tym, co było przykre i doceniam to, co jest przyjemne. Nigdy nie zapomnę jak wieczorami siadałyśmy przy ognisku i milczałyśmy albo zgadywałyśmy jakie rysunki niebo z gwiazd układało każdej nocy. Nie miałyśmy zegarków, czas wyznaczały nam wschody i zachody słońca. Na śniadanie zbierałyśmy grzyby i poziomki, przed południem chodziłyśmy do wioski po mleko i śmietanę, a wieczorem robiłyśmy na kolacje jagody ucierane z cukrem i śmietaną.
Jesienią coś się pogorszyło. Przychodziła rzadziej i mówiła mniej, najczęściej o tym, że straciła wiele czasu na bzdury. Ostatniego dnia widziałyśmy się tylko chwilę. Przyszła, by mi powiedzieć, że nie potrafi żyć, jak żyła. Zabrała swój czarny płaszcz i wyszła by w szumie drzew w sadzie odpowiedzieć sobie: czy ma zostać ze mną, czy odejść z kimś innym. Wybiegłam za nią, spotkałam po drodze moją, dziś już dawną, koleżankę. Szła ścieżką pośród szarych drzew i była taka wiosenna. Z daleka szeptała jej imię. Ona szła przy niej osobliwie się uśmiechając.
Jej koniec przyszedł tak niespodziewanie. Odeszła nagle. Moja MIŁOŚĆ umarła. Moja MIŁOŚĆ odeszła z inną. Moja MIŁOŚĆ, mój ukochany Marcel odszedł z inną. Zostały wspomnienia, bo nic nie mam zamiaru zmieniać. Już nawet nie wiem, czy to ja płaczę, czy tylko Deszcz pada.
(Anna Wójcik)
(.es)
Komentarze (3)add comment

Aneta said:

 
Twoje opowiadanie jest po prostu piekne...
tylko nie rozumiem... najpierw pisalaś ze to była dziewczyna a potem ze chłopak
sierpień 19, 2008

`eve` said:

 
cyt: "Moja MIŁOŚĆ umarła. Moja MIŁOŚĆ odeszła z inną."
Odejsc to tak jak troche umrzec. Interpretacja zalezy od czytajacej (-ego)
sierpień 18, 2007

bromba said:

 
Bardzo podobało mi sie Twoje opowiadanie.Ale nie rozumiem do końca.Umarła czy tylko poszła swoją drogą.
sierpień 17, 2007

Napisz komentarz
busy
kobieta